Home Indeks utworów

RZECZOWNIKI PDF Drukuj

 

RÓWNOWAGA

 

 

RZECZ

 

Jak długo trzeba patrzyć na szafę

żeby spostrzec

drewnianą fakturę rąk

stolarza

owo

przekazywanie kształtu aż po połysk

ślady hebla i tartacznej piły

ślady

topora

pień

zgadywać smukłość i zieloność

nasłonecznienie liści

według powikłań słojów

I żeby szafa wzbogacona

o ślady tych wszystkich

wywołujących ją dłoni

zaszumiała

 

1965

 

 

 

ELEGIA

Barbarze D.

Między miastem a drzewem

beton i żelazo

 

to drzewo nieprawdziwe

korzenie pod brukiem

zieleń nie zapisana w żadnym drzewostanie

nie zabarwi ulicy

ptactwem nie napełni

 

Między miastem a drzewem

długa droga szyny

a piła ma kształt mostu

 

nagie białe drewno

nie odezwie się szumem

ciszy nie podpowie

 

Zapominane nazwy

roślin zwierząt ptaków

odchodzą do słownika

z naszych krajobrazów

 

I las odchodzi od nas coraz dalej

o każde uderzenie

toporem

 

 

 

Z CONRADA

 

Dłoń na sterze

wyznacza drogę

 

Wiatr się oparł o żagle

 

Maszty pękają jak płótna

 

Kapitan

wszystkie odgłosy huraganu

równoważy

swoim milczeniem

 

 

 

TANIEC

 

W sukni tak lekkiej

że nie odbiera nagości

ale samą

owej nagości wstydliwość

tak bardzo się do nas zbliżasz

że po drodze

dokładnie mijasz swoje ciało

 

 

 

MOŻLIWOŚĆ

Hani

Mówisz

nie pracuj tyle

serce nie wytrzyma

 

Mogę pracować co dzień

piętnaście minut mniej

dam przez ten czas lewej komorze

zastrzyk świeżego powietrza

 

Nie powtórzą się bóle

głębiej pod żebrami

 

A jeśli to nie pomoże

pod obudową żeber

padnę

górnik spracowany

zawałem odcięty od świata

 

Ucz się czytać lekarskie wykresy

nie umiem ci wszystkiego powiedzieć

 

Będą za mnie mówiły

elektrokardiogramy

 

 

 

PERSPEKTYWA

Hani

Pustynio

która uczysz mnie pragnienia

 

Oceanie

uczysz tęsknoty za brzegiem

 

Mrozie któryś mnie uczył

budowy domu

 

Obwarowane jesteście

śmiercią i urodą

 

Uroda

ślad pełen cienia

na wędrującym piasku

jakby trochę nocy w nim zostało

 

Uroda

cwałująca armia wodospadów

 

Uroda

opiłki mrozu wdychać

z nasłonecznionym powietrzem

 

I jeszcze uroda

dom się zaczyna

od twoich rąk

 

A głębiej śmierć

jesteśmy

bogatsi jej możliwość

 

 

POROZUMIENIA

 

Od kiedy ptakom

więdną skrzydła

(nie w gniazdach więdną

lecz w spojrzeniach)

Odkąd kamienie owocują

Wszystko jest do uniesienia

 

Gdzie nie ma miejsca na nadzieję

Ślepy zaułek twojej twarzy

Powtarzam

Zdarzy się cierpienie

Trzeba cierpieniem

gospodarzyć

 

Tak widzieć śmierć

Tak widzieć ciemność

Aby im nie dać się ogarnąć

Porozumienie z gwiazdą

droga

Porozumienie z ziemią

ziarno

 

 

NURT

 

Wiem, że kiedyś ode mnie odejdziesz.

Jak daleko. I gdzie się zatrzymasz.

Czy powrócisz. Co i jak nas wiąże.

Sprawdzam węzły jak czuły marynarz.

 

Może będzie to drugi człowiek,

co zaorze i przyszłość, i przeszłość,

może będzie to tylko nurt dni.

Ciężar czasu. I własne dziecko.

 

Teraz czuwam: odchodzisz o krok.

Teraz patrzę, jak inni odchodzą.

Tak człowiek porwany przez nurt

łódką dłoni jeszcze walczy z powodzią.

 

Czy się kiedyś odwrócę sam.

Może łatwiej. Nie chcę być pewien.

I wybieram początek piosenki:

Jest ucieczka od ciebie do ciebie.

 

 

ZA WIDNOKRĘGIEM

 

Wszystko jest morzem. Stoimy na brzegu

pod krzykiem mewy oswajamy miejsce.

Łagodność morza wróży taką chwilę,

gdy będziesz miała światłoczułe serce.

 

Niepokój morza - biel odległej fali

to jakby mewa otwierała skrzydła.

Potem spóźnione do brzegu okręty

morze pogłębia po ostatni sygnał.

 

Podróżujemy. A z każdego brzegu

"ani za późno, ani za daleko"

do zgubionego we śnie krajobrazu,

do cichej gwiazdy pod twoją powieką.

 

1964

 

 

NIEPOKÓJ

 

Liściom brakuje oddechu.

Nie nadążają korzenie.

W stronę źródła.

Rozpychają się gałęzie.

Piętra tłumią piętra.

Zieleń tłumi zieleń.

Drzewa tłumią krzewy.

Krzewy tłumią trawy.

Jeszcze drzewo umierające.

Odbiera promień.

Paproci. Obok.

Stare drzewa ubierają się w mech.

Mech.

Czerpie z kory.

Grzyby czerpią z drzew.

Umierają liście.

Żyją pospiesznie.

Opadają.

Pnie.

Skórowanie.

Skrzyżowania gałęzi.

Polowanie.

Ptactwa na owady.

Ludzi na zwierzęta.

Zwierząt na ptactwo.

Owadów na ludzi.

Spokój zbudowany.

Na rogach wybitych turów. Łosi. Niedźwiedzi.

Pokoleń łagodnych. Drapieżnych.

Ptaków.

Krzyżują się wymarłe ryki żubrów. Wycia

wilków. Szkielety.

Gigantozaurów. Mastodontów.

Uciekających w popłochu.

Trawo- i mięsożernych.

Roślinożernych. Jadowitych.

Owadów. Armie.

Bagna. Szarańcza.

O piętro wyżej do słońca.

O cal.

Bliżej do źródła.

Przechadzają się.

Piły. Topory.

Las. Wycinany.

Gotowy.

Skoczyć na nasze

domy i miasta,

które są

tym samym.

 

 

PTAKI

 

Uwij im gniazda

w swoich oczach

 

Przelatujące chwytaj w siatkówkę

na dnie spojrzenia

 

Zobacz

jak nabierają w skrzydła

przestrzeni

jak rozgarniają skrzydłami

noc

 

Niech maleje

odległość od ciebie do ptaka

aby można ją było przemilczeć

 

 

JELEŃ

 

Jeleń na tym rykowisku

ma ogromną różę w pysku.

 

A tu niebo bieliźniane

i osacza las polanę.

 

A tu obłok dymu zakrył

niebo z bieliźnianej farbki.

 

Z dubeltówki dymu obłok -

strzelec w las się ukrył obok.

 

Przestrzelony wiele razy

jeleń wraca na obrazy.

 

Nie za tani, nie za drogi,

wiek dwudziesty wziął na rogi!

 

 

MODLITWA MASOWA

 

Boże westernów. O ostatni

w łańcuchu bogów nieustannym,

nie daj nam śmierci bohatera,

który przez prerię ruszył ranny.

 

Niech jego kolt dokona cudów.

(A ty mu odsiecz rychłą poślij -

zgrabna Madonno z Hollywoodu,

Magdaleno współczesności.)

 

Boże westernów. Jest zasadzka

w ślepym kanionie Jozafata:

Anioł z gitarą elektryczną

Niech nie ogłasza końca świata.

 

Przed ołtarzami twych ekranów

modlą się o to twoi wierni.

Boże westernów. O ostatni,

który odróżniasz biel od czerni.

 

 

SZCZĘŚCIE

 

Nie w jednakowej mierze zaznają wybrani

swego szczęścia w niebiesiech. Na ten przykład kowal

tylko, ile swym koniom rozda na podkowach,

rolnik, ile koniczyn wsieje w łan z ziarnami,

a pasterz, co ma szczęście w radości zwierzyny,

wprowadzi chmur owczarnię na te koniczyny!

 

 

KLASZTOR LIRYCZNY

 

Klasztor liryczny

otoczony murem,

gdzie role cegieł

odgrywają słowa.

 

Składają modły

uwięzieni mnisi:

każdy do swego

osobnego boga.

 

Bogiem jest słowo,

rzecz lub wyobraźnia.

Tuż po sezonie

kosztują pół ceny.

 

Bogowie zresztą

nie są tutaj ważni,

tylko szyfr modłów

ów obrządek ceni.

 

Każdy zakonnik

chce innych przekrzyczeć,

każdy chce stworzyć

nowego bałwana.

 

Tylko handlarzy

dewocjonaliami

kusi treść modłów

sterylizowana.

 

(Są wśród nich zresztą

i praktykujący

kaznodziejowie…)

A wiernych nie znajdziesz.

 

Obowiązuje

nakaz mycia rąk,

gdy ktoś konkretu

dotknie nierozważnie.

 

 

SANCZO PANSA

 

Ostrze kopii. A na ostrzu słońce.

Młyn i szkapa. Spadanie na kark.

Dźwignąć z piachu. Chleb ugniatać z pleśnią.

Maść. Modlitwa. Chude ciało. Wrak.

 

Noc. Oberża. Wiatraki i gwiazda.

Wędrowanie. Kurz drogi i brzeg.

W cieniu szkapy. Na ośle, Z mądrością

tak niewielką jak spanie i chleb.

 

Sine pręgi na grzbiecie: treść drogi.

Po królestwo. Po śmieszność. Po guz.

Jest i w słudze jakaś część z rycerza.

Co z dobroci choruje na mózg.

 

Jeszcze dziewkę przymierzać do siana.

Jest głód świata. Przy dzbanie i misie.

Ale śmieszność. Unieść śmieszność. Jak gdyby

ta przygoda

wydarzyła się dzisiaj .

 

 

TRAGEDIA

 

Ludzie odeszli. Rekwizyty.

Tu się nie kończy żadna rola.

Stół walczy z krzesłem. Obraz z lustrem.

O strumień światła z reflektora.

 

Główny bohater. Tłok na scenie.

Ile się tego nazbierało:

ta tkliwość zatrzymana w sukni

nie obleczonej w żadne ciało.

 

One nas znają. Stara szafa

chroni garnitur. Ten od święta.

Na skrzydłach drzwi ulecieć pragnie

aż w akt ostatni przesunięta.

 

Przy lustrze rama, gdzie brakuje

tej twarzy tak niedawno bliskiej.

Najkrócej trwała rola noża:

Wyraził siebie jednym błyskiem.

 

Mamy w ich oczach. Obnażeni.

Tę czułość zrozumienia. Podziw.

Umiera sufler. U Szekspira.

Kurtyna nigdy nie zawodzi.

 

 

NARZĘDZIA

 

Pomyśleć gwiazda. I w tym jest odległość.

Powiedzieć trawa. Widzieć do korzeni.

Całą urodę przyszłych urodzajów

i baśń wyorać z jednej grudki ziemi.

 

Most ma znaczenie ode mnie do ciebie.

Najistotniejsze. Choć rzeka szeroka.

I to wybieram. I wybieram z gwiazdy

wymierny promień potrzebny dla oka.

 

Tłoczą się. Płyną. Bezmierne znaczenia.

Z ich nagłych olśnień. Z ich ciemnych barykad.

Przykrój znaczenie do wymiaru słowa

i nadaj słowu ciężar rzeczownika.

 

 

RĘCE

 

 

ORKA

 

Ziemia drewnem zarosła

wykarczowałem ściany

 

Ziemia rodziła kamienie

wykarczowałem mur

 

Ręce zaprzęgam do kamienia

aż zaokrągli się w żarna

 

Skrzydłami wiatraka

oswajam wiatr

 

Sprawdziłem korzeniami zbóż

znajome ziarna piasku

 

I zestawiłem jeden zaprząg

koń ja i pług

 

Ale się łańcuch bruzd nie kończy

zaprzęgam ręce do żelaza

 

Ono jest sprawne jak ostrze

 

Czy zdążę je oswoić

 

 

ESTETYKA

 

Ręce mojej żony

po całym dniu mają wygląd

zaoranego pola

z wyżłobieniami jak nacieki skał

żadna woda żadne mydło ich nie zmyje

żaden tłuszcz nie załagodzi

 

Biodra mojej żony

przewalają się ciężko

wybrzuszone porodami

z trudem w nich odnajduję

ślady dawnej giętkości ruchów

 

Nogi grube sznurowane żyłami

umięśnione od nadmiaru kroków

z których każdy

miał dla mnie jakieś znaczenie

 

A jakie nagie ciało

gdy z wysiłkiem odrywa od snu

jedna godzinę

potrzebniejszą niż chleb

ażeby wyjść na spotkanie

moich równie zmęczonych rąk

 

O

i jeszcze twarz

pieczętowana ciosami

a gotowa na każdą radość

życzliwa

cokolwiek bym nie powiedział

o jej zniekształceniach

i jakiekolwiek jeszcze zmartwienie

przeorze się przez jej zmarszczki

ludzka

 

 

BALLADA POSPOLITA

 

To ja jestem tym trudnym człowiekiem

z nałogami i chorą wątrobą

Żona cierpi na ból mojego zęba

W pracy koledzy trawią

mój przypalony posiłek

 

Ciągnę swoje jakoś to będzie

i zaglądam czasami głęboko

w studnię butelki

 

To prawda Chętnie bym widział siebie

na stanowisku przyjaciela

ale łokciem posługuję się tylko

w ostateczności

 

Zresztą możecie mnie sądzić

mnie zrobiono wiele większe świństwa

miałem kiedyś talent i nadzieję

wokoło

Patrzą na palce trącają się krzyczą

mają pretensje nic nie robią brużdżą

odfajkowują stwarzają pozory

kłócą się mają ciasne poglądy

ludzie

którzy mi są potrzebni

 

Oni zazdroszczą chociaż nie ma czego

parzą się chleją i podkopują

Kombinatorzy Pyskacze z kolejek

Chcą mi odebrać tę iskrę miłości która

mi się przecież należy

Obnoszą swoje ubrania i gęby

cieszą się z moich śmiesznostek

wad i załamań

szarpią mi nerwy chichotają

ludzie

którzy mi są potrzebni

 

 

LEKCJA UŚMIECHU

 

Mam poprowadzić w podmiejskiej świetlicy

lekcję uśmiechu

mam w tej pogadance

"O życzliwości dla świata i ludzi"

rozjaśnić twarze wszystkich pracowników

Stacji Nasiennej Buraków Cukrowych

odnowić uśmiech tych z kamieniołomów

tych co pracują przy rozwózce węgla

pijaków i wiejskich gospodyń

 

Kierownik świetlicy

dokonał cudów

jak on powyciągał

tych ciężkich ludzi

 

Może po prostu zapowiedział zmianę

w telewizji Że w ostatniej chwili

wsunęli Kobrę dwie godziny wcześniej

dość że sala jest pełna

 

Co ja im powiem Dźwigają na plecach

Dziesięć skrzyń węgla Kosze z ziemniakami

Cegłę i wapno Cały ciężar dnia

 

Więc przypominam Zbudowano drogę

i nową szkołę Rozpoczynam wykład

sam lichy aktor Wywołuję uśmiech

na poparcie bezradnych słów

 

Moi słuchacze

zrezygnowani biją kilka braw

a świetlicowy potwierdza mi odczyt

za który płaci Miejski Dom Kultury

Na sali Kobra

 

 

RACHUNEK

 

Przyjaźń nasza ma w sobie

nieco z zażyłości

odmiennych specjalistów

dwóch chorych lekarzy

karczujących wzajemnie

choroby u siebie

 

Rozliczamy się z usług

patrzymy na palce

stawiamy przy diagnozach

chytreńkie pytania

 

Wzruszamy ramionami

łykamy pigułki

przestrzegamy zaleceń

na wszelki wypadek

 

Można by znaleźć inny

adres albo szpital

Stanowimy nawzajem

recepty na siebie

 

To także piękna forma przywiązania

skoro

tylko na taką nas stać

 

 

WYSIŁEK

 

Pracując

układamy się ze śmiercią

 

odkładamy ją na potem o cal

choćby o bruzdę chleba

albo o cegłę domu

 

Gdy pracujemy przeciw niej

przymuszamy by odkładała

swoje nieustanne zamachy

 

Ile jest śmierci pokonanej

w szalu

owiniętym dookoła szyjki dziecka

albo w dobrze przybitej podeszwie

 

I jeszcze chcę wam

wypracować wiersz

niechby słowa

jak kamienie piramid

 

To o takim wysiłku

 

Dobra robota

 

 

CYBERNETYKA II

 

Całą nadzieję na koniunkturę

pokładam w niedalekiej już rywalizacji

maszyn z literatami

 

Elektronowe mózgi

będą pisały wiersze

we wszystkich możliwych do zaprogramowania

konwencjach

 

Z łatwością zapełnią

teczki redaktorów

obficiej niż to robią

najbardziej modni wierszopisowie

 

Wtedy z konieczności

powstanie snobizm

na coś ludzkiego

 

 

PERPETUUM MOBILE

 

A może by się dało zbudować maszynę

która podpatrzy podawanie rąk

A raczej szczerość gestu Co się zdarza

A może by się dało odebrać jej względność

co w nożu służy do krajania chleba

lub podrzynania gardeł

Tak po ludzkiej stronie ją ustawić

I powierzyć Niech zabezpieczy owo

ostateczne

naciśnięcie guzika

 

 

Z TECHNOLOGII ŻELAZA

 

Żelazo rozpalone w martenach

jest bliskie kolorowi krwi

 

A potem stygnie na naszych żyłach

poprzysięga nam wierność

po nierdzewnośc i złom

 

Od naszych rąk uczy się kształtu

i przekazuje w zamian swój ciężar

naszym sumieniom

 

Okrutnie twarde mamy teraz ręce

od obrabiania żelaza

 

 

TY JESTEŚ MIASTO

 

Ty jesteś miasto

Pod sklepieniem żebra

w pajęczej sieci elektrycznych drutów

w ulicznym krwioobiegu maszyn

Po twoich nerwach

wędrują tramwaje

przedostają się ze zgrzytem

aż do zagłębień snu

w twoich kotłowniach

w twoich stacjach pomp

nieustanna możliwość awarii

Krzyżują się spojrzenia mijanych codziennie

dwustu tysięcy ludzi A jeszcze

rozrastają się lądowiska

dla wietnamskich helikopterów

Szukasz siebie w zaułkach Odchodzisz daleko

Suche konary marzeń Peryferie światła

Dwieście tysięcy ruchów Nieżyczliwych spojrzeń

na skrzyżowaniu żyły i aorty

 

 

WYRUSZYĆ RAZEM

 

Wyruszyć razem

gdzie piąta strona świata

w głąb

twoje lata układają się ciężko

warstwami

w głąb

aż po uskoki pamięci

gdzie cztery pory roku

sprowadzają się do ciemności

 

Rozumieć

mowę stempli i stropu

gdy śmierć

nieszczelnie obudowana

łamać ciemność

na poszczególne bryły

jedynie światłem lampki

wywołać

znajomą twarz

 

Ile pyłu na twojej skórze

upodabniało ciebie do urobku

ile ton wędrowało

przez twoje ręce

nawykłe do kamienia

gdy się przed tobą opornie

rozstępowały ściany

 

Który w kamieniu znajdujesz

odbicie liścia

który odkrywasz w skale

możliwość ciepła

 

który ciemnościom wyrywasz

zaklętą gwiazdę

 

 

ŁADOWACZE

 

Przerąbane przez zieleń polany.

Las zanika rok po roku. Jaki plan.

Zboże czeka na ich ręce i zarobek.

Koń z ta drogą oswojony. Idzie sam.

 

Ledwo kogut zacznie sprawdzać poranek.

Z wsi zapadłej. Nad brzegiem jeziora.

Dla roboty. Port drewniany. Bocznica.

Łuska z drewna. Obumarła kora.

 

Trzeba belkę przekrzyżować na legarze.

Teraz końmi ciężkie sosny. Wciągamy.

Kopalniaki tyko ręcznie. I kantakiem.

Dawniej, panie, to my wszystko rękami.

 

Dyscyplina. Grzbiet się łamie. Wielka bela.

Dla dwóch dobra. Taki ciężar dopuszczalny.

Paweł chory. Gospodarka. Więc za niego.

To ich ręce utrzymują strop kopalni.

 

Cztery złote metr kubiczny. Nie zarobisz.

Ale renta. Ale lekarz. Już dosyć.

Nie pilnują. Trzeba wracać. Do żyta

Nie zżętego. Do późnej nocy.

 

 

W POCZEKALNI

 

Skrzyżowanie ludzkich torów. Jak tu brudno.

To jest miejsce. Na rozkładzie jazdy puste.

Tu walizkę wniesiesz. Błoto. Na podeszwach.

Można kupić trochę ciepła. Za gotówkę.

 

Kalisz czeka. Kozia Wólka. Z tobołami.

Połączenie. Duże piwo. Jakiś chłop.

Kiedy  wchodzi, jakby w rękach trzymał powróz,

zawsze krowa niewidzialna idzie za nim.

 

Potem czterech (duża wódka gdzieś po drodze)

robotników. Ciężkie buty. Ciepły barszcz.

Być dodatkiem do maszyny. Osiem godzin.

Więc zmęczenie otulone w szary płaszcz.

 

Ktoś rozwalił się na ławie. Tłok przy barze.

Za kolejką, panie władzo. Reklamacja.

Głośnik ryczy. A na ścianie ślepe wzory.

O Ojczyzno.  Malowana pod Picassa.

 

Przy bufecie końskie gęby. Tępy pingwin.

Ten garnitur, gest i forsa. Nie ma miejsc.

Fioletowe  włosy damy. Latoś żyto

obrodziło. W rozkrajanej bułce śledź.

 

Matka z dzieckiem. Papierosa. Gulasz. Bigos.

Ale ciało. Gruby tłumok. Popróbujcie.

W siatce bułka. Warkocz z ciasta. Kilometry.

Jedną nogą mieszkać w Hucie, drugą w Wólce.

 

 

WYDZIAŁ LOKALOWY

 

Już pukają głowami do drzwi.

Ciasne kąty. Ustawiają się w kolejce.

Nerwy. Twarze. „Jest mieszkanie.” „Mało izb”

I

ręce

 

Zaraz wyjdę i otworzę…”Ten kierownik…

stary siedzi. A ten nowy - komunista-

on by dał się za Lenina ukrzyżować.”

-„To niech robi, tak jak pisze w ichnich pismach.”

 

Jeszcze słyszę czyjeś rozmowy. „Ach to pan.

Jeszcze tutaj?” „Od roku.” Nieufni.

Tu socjalizm miewa wymiar czerech ścian

z używalnością kuchni.

 

 

KONFERENCJA

 

Konferencja. Robota na drutach.

Duszna sala. Minuta ciszy.

W popielniczkach powstają wzgórza.

Śpią ołówki i długopisy.

 

Powielane sprawozdania.  Pokontrolne.

Zalecenia. Mocna kawa. Trudno spać.

Po co siedział facet z NIK-u cały miesiąc.

W tym zakładzie, w którym nie ma czego kraść.

 

Będzie siedział. W prezydium. Same świeczki.

Referaty. Czarują metodą.

Siwe głowy. Biały papier. Żółte światła.

Stare twarze. Głos w dyskusji. Nikogo.

 

Zamiast sprzętu i etatów. Postulaty.

W domu grzeje się kapusta. No to cześć.

Trzeba jeszcze podbić blankiet delegacji.

Zsumowanie. Zasypianie. Zmierzch.

 

 

STARY BELFER

 

Coraz wolniej puls uderza. Równanie.

Aż do ziemi. Sił brakuje. Na krzyk.

Ale ostrość. Jak rozwiązać. W naszych głowach.

Takie braki. Że aż cisza. Minus trzy.

 

Możesz usiąść. A on chciałby. Ciepłe stopnie.

Nasze głowy. Nie zacięte. Ołówki.

Stary belfer dla nas Cosinus.

Do tablicy. Dwója z klasówki.

 

Cztery ściany. Nas czterdziestu. Brzuchomówcy.

Pismo Indian. Tajne znaki. Mówię z ławki.

Telefony bez drutu. Na paznokciach.

Wzory. Wszystkie. Nowoczesne wynalazki.

 

Star człowiek. Słabe zdrowie. Kłopoty

Nie lubimy Cosinusa. Surowy.

Wizytator. Ściśnie rękę. Matematyk.

Doświadczony i zna sposoby.

 

Nagle szkoła. Teatr kukieł. Pierwszy kwiecień.

Pozmieniały ery miejsca. Taki dzień.

 

Stary belfer w teatrzyku jest niedźwiedziem,

który właśnie ma zapadać w długi sen.

 

 

CHODZI O GOBELINY

 

Z wewnętrznej strony okładki

miesięcznika "Poezja" *

odczytałem fotografię sznurów

 

Nic tylko liny

zawęźlały całą dostępną przestrzeń

 

Znalazłem w tym wysiłek

marynarzy akrobatów cyrkowych

rozpacz skazanych na pętlę

radość rozpiętych namiotów

 

Były tam sieci rybaków

ruszających przed świtem na połów

ośmiogodzinne dnie pracy

robotników fabryki lin

 

A najwyraźniej

ręce matek

rozwijające na strychu

długie sznury nad koszami z bielizną

 

Sytuacja się wyjaśniła

na dalszych stronach

 

Chodzi o gobeliny

w których

oryginalne tworzywo

sznur

daje niezwykle ciekawą

fakturę

 

1966

--------

* nr 4, kwiecień 1966

 

 

BALLADA PAPIEROWA

 

Odkąd rozpacz stała się modna

powielono ją w tysiącach egzemplarzy

oglądamy ją na ekranach

zamykamy w księgach

i radioodbiornikach

 

Wkrótce ze szkolnych ław

nauczymy się jej na pamięć

zanim dana nam będzie okazja

do prawdziwej nie papierowej

 

Jeżeliby nawet nie było

innych możliwych prawd

kłamałbym nadzieję

 

Ale was jest więcej

o hodowcy czarnej maści pegazów

dalej

Odbierzcie człowiekowi

tę odrobinę powietrza

 

 

PIĘĆ MINUT

 

Pięć minut przed potopem. Zaparzę herbatę.

Poszukam sensu. Znajdę. Lekarstwo na nerwy.

Co jeszcze da się zrobić. Może zmienię płytę.

I powiem do sąsiadów. Tylko bez histerii.

 

Będę krzyczał. Jeżeli krzyk na coś się przyda.

Jeśli w modlitwę zdołam uwierzyć. Uklęknę.

I by ktoś drogi nie umierał wątpiąc we mnie,

uścisnę jeszcze rękę.

 

Spróbuję walczyć. Jeszcze. Stanę przy maszynie.

Kiedy poznam, jak działa nowy wariant miecza.

Jak na początku świata. Nie grozi nam nic

z wyjątkiem ognia, wody, ziemi i powietrza.