Home Indeks utworów

OTWIERANIE LIŚCI PDF Drukuj

 

OTWIERANIE LIŚCI

 

 

POCZĄTEK LASU

 

Co to jest las

ile drzew trzeba zgromadzić

a może dodać

gniazdo ptaka

wystraszone zwierzę

może grzyb ślimaka pod grzybem

może źródło ze źródła strumień

 

Gdzie się zaczyna las

może trzeba iść jeszcze dalej

może trzeba w ubiegłe stulecia

gdzie kiełkuje najstarsze drzewo

niedźwiedź idzie po mrówczych śladach

król wyrusza z orszakiem na łowy

może dalej

tam gdzie węgiel rośnie jeszcze zielony

bursztyn spływa aż na morskie dno

 

Niespodziany jest początek lasu

żółte ziarno wyrzucone z morza

 

 

PTAK DOMYŚLONY

 

W muszlach uszu

gromadzę szum lasu

 

nosem zbieram

zielony zapach

 

i podnoszę

oczy pełne liści

 

na wysokość

domysłu ptaka

 

 

Zatopiony

w zielonym nurcie

 

gdzie szum lasu

wpada do nieba

 

żywe serce

drewnianej gałęzi

 

niewidoczny

 

punkt

który śpiewa

 

 

WOLNY PRZEKŁAD NA LEŚNE

D. i M. Markiewiczom

1

Zegar stukał na ścianie

jak dzięcioł

 

w radiu

słychać było jak pszczoły brzęczą

 

zaszumiały

zielone liście twojej sukni

 

zauważyłem

w starej szafie

jest coś z dziupli

 

2

Las zamieszkał

tej nocy

z nami

może oknem

po cichu przyszedł

 

może wyrósł

z uzbieranych wczoraj

kwiatów

nasion

gałęzi

i szyszek

może pejzaż ze ściany

ożył

podał gałąź

sąsiadowi

za oknem

lub zbudziły się

drewniane

sprzęty

by być tym

czym były

pierwotnie

 

3

Odtajało źródło

z lusterka

 

niebo wyszło

na spotkanie sufitu

 

stół ustąpił polanie miejsca

 

nasze ściany

rozszerzyły widnokrąg

 

nasze słowa

stworzyły echo

 

z naszych kroków

powstała ścieżka

 

4

Koło brzozy

wylegują się cienie

 

bo tam rośnie

największy mech

 

a przy źródle

noc się skrapla w jagodach

 

wiatr przechodzi po korzeniach drzew

 

5

Nocą wiatr

zaostrzył powietrze

 

na strąconych liściach

jesień gasła

 

dwa spojrzenia skrzyżowały się na niebie

powstała gwiazda

 

 

WYBRZEŻE

 

Z brzegu wiatr nas wyganiał do lasu

z lasu szum nas wywabiał na brzeg

ponad nami ciepły błękit - niebo

posrebrzone skrzydłami mew.

 

Kołysały się sosny do szumu

z wpadającą do morza uliczką

las za wydmą szumiał wysoko

a morze

nisko.

 

Po wybrzeżu lasu i morza

dzień się toczył jak dojrzały owoc

 

ile morza się zmieści w ręce

ile lasu można nosić z sobą.

 

 

DREWNIANA MODLITWA

Bożenie K.

Tutaj się modli

nawet trawa

cieniem krzyża ukrzyżowana

 

Krzyż i Chrystus

są do siebie podobni

 

równolegli w ramionach

wyciosani w drzewie

jednako próchniejący

przybici do siebie

 

Klęczy przed świątkiem człowiek z drewna

modlitwą chce się podnieść z kolan

powtarza w kółko warg kołatką

dziej się drewniana twoja wola

 

Aż się Chrystus przez ból krzyża uśmiechnie

tą modlitwą przebłagany zupełnie

 

1958

 

 

PORTRET DRZEWA PRZERAŻONEGO

 

Korzenie

nurkują w darń pospiesznie

kryją się głęboko

jak do schronu

 

Gałęzie skuliły się koronę tak mocno

że nawet wiatr

listowiem nie poruszy

 

Liście siwieją

 

Kora pęka wzdłuż pnia nadmiernie

aż do cielesnej bieli drzewa

 

Pień skręcony

chroni zieleń za pobliskie świerki

 

Drzewo próchnieje

W oczekiwaniu wybuchu

 

 

NIEZUPEŁNA ŚMIERĆ LASU

 

1

Może pociski pomyliły drogę

może nienawiść celu nie odgadła

las odpowiedział wystrzałami echa

na każdą kulę wymierzoną z armat

 

Wąż tyraliery wkracza w las znienacka

żadnego listka żołdak nie oszczędzi

a las nie odda garści mchu za darmo

i nie podniesie do góry gałęzi

 

2

Wypłoszone z legowisk zwierzęta

niespodzianie strach zawładnął lasem

tak to on krecie nory pogłębia

i wydłuża w locie skrzydła ptasie

 

Pełzną trawy kwiaty kurczą kielichy

mchy przed śmiercią kryją się w cieniach

drży w gęstwinie przerażone drzewo

zakopane na głębokość spojrzenia

 

3

Pęknięte sosny zaostrzają drzazgi

gęste zarośla wydłużają kolce

nawet się krzewy zrastają w zasieki

przed butem bronią darni i przed ostrzem

 

Fruwają liście jak zielone wióry

fruwają wióry jak liście drewniane

wzdłuż widnokręgu muskularne drzewa

splotły gałęzie w jednolitą ścianę

 

4

Tu walczy nawet drzewo co upadło

by stać się piętrem leśnej barykady

a w nowym lesie na zasadzie celu

klatki dla ptaków i na drewno składy

 

Nic nie powstrzyma stad żelaznych w marszu

i wizji lasu który potem będzie

dla nich wyrośnie las taki drewniany

że ani listka nie znajdą gałęzie

 

 

RZEMIOSŁO

 

Tak pracowicie ukochane drewno

i taka przyjaźń z okolicą leśną,

że był wszystkimi co od drwa pochodzą

po trosze drwalem, stolarzem i cieślą.

 

Od święta rzezał uwikłane w drzewo

głowy sąsiadów - podglądane w karczmie:

sęki im w głowach lęgły się od myśli,

spojrzenia mieli co nieco jarmarczne.

 

Ręce kształciły napotkane pniaki

w chaty lub sprzęty, łódki albo mosty,

a jego hebel w każdy wiór uwierzył,

topór był czuły na urodę sosny.

 

Umiał rozpoznać dotykiem - bez oczu

gatunek drzewa. A gdy kończył pracę,

wykształcił swoje sprzęty aż tak czule,

że będąc sobą były dalej lasem.

 

 

KUSZENIE

Bajce

Nie ruszaj ciszy tego lasu

on sam przed tobą się otworzy

podziej się ze mną swoim liściem

odsłoń mi swoją wizję brzozy

 

Zobacz ten liść tak naświetlony

że zieleń stała się soczysta

po jednej stronie liścia światło

a dla mnie ciemna strona liścia

 

Tam gdzie ze źródła strumień pije

spotkamy lisa albo sarnę

lub w ptaku co na wschód odleciał

twoje marzenie orientalne

 

Obok wyrosło moje drzewo

rozkołysane wyobraźnią

jest już przed nami takie duże

że pierwszy ptak w nim uwił gniazdo

 

O świcie pękną dzioby ptasie

lecz przedtem noc tak nieskończona

że się z niej nie wywinie nawet

wiewiórka zwinna jak ironia

 

Ciemność powiąże wszystkie drzewa

ścieżki powikła albo spłoszy

Pomóż mi noc oswoić. W lesie

zwierzęta tulą się do nocy

 

 

CYBERNETYKA

 

 

CHIRURGIA KOSMETYCZNA

 

Jak uczesanie zmienisz swoją twarz

po kolor oczu, plastyk skóry, rysy

zapożyczone od filmowych gwiazd

i powielane na każdej ulicy.

 

Artysta-chirurg nowej sztuki mistrz

kość albo mięso modeluje sztucznie:

umie lancetem tak z pomocą przyjść,

że znikną wady… I wszystko co ludzkie.

 

Twarz twoją czytam. I nie widać nic.

Zyskujesz wiele… I taka jest cena.

Lubiłem bardzo tę zmarszczkę, ten rys

co go żłobiło dziesięć lat cierpienia…

 

 

CYBERNETYKA

R.D.

Jestem kompleksem maszyn

do produkcji wierszy

 

Każde uczucie określam

z dokładnością do jednej litery

 

Kojarzę osła z kijem szafę z ewangelią

wieloryba z marchewką

 

Przeglądam czasopisma metalicznym okiem

wącham co w trawie piszczy

w które stukać drzwi

 

Boję się tylko

że mi się popsuje

elektronowa

kropka nad i

 

 

ROBOTY

 

Jest w ewolucji pewnych gatunków robotów

dążenie do najbardziej ludzkich form. Dlatego

rozluźniają metale w tkankę tak jak w mięsie

i dają w maszyneriach ruszać krwioobiegom

 

Niezdarną rurę nogi Albo nie dość ludzką

rurę ręki garnitur bez trudu osłania

Kłopot tylko z twarzami Metalowa maska

jest zwykle do zmian rysów nieprzystosowana

 

Sztuczne mózgi są sprawne choć bez wyobraźni

sztuczne płuca nie tęsknią za świeżym powietrzem

rtęć krąży w rurkach maszyn Ta krew metaliczna

ma swą temperaturę tak jak w termometrze

 

 

BEZ NAS

 

Przy fioletowej gwieździe krąży ziemia maszyn

żyjących samorzutnie w mechanicznym lesie:

Tylko widmo człowieka nawiedza je czasem

jakby on dał im życie - na innej planecie.

 

Las mechaniczny składa się z żelaznych części:

każda z nich się rozmnaża, odżywia rozrasta -

a łoskot i powietrze od wyziewów gęste

przywodzą podobieństwo do ludzkiego miasta.

 

Upiorne drzewa dźwigów, krzewy obrabiarek,

(nie rozkręcą się z śrubek metaliczne liście)

z ciemnych szkieletów pięter do ziemi zwisają

jak liany poszarpane druty elektryczne.

 

Krajobraz tego lasu mógłby się powtórzyć

w najgęściej zadymionym zakątku Europy:

konstrukcje z rur złożone, kamieniste gruzy,

rozpadliny i wyrwy, nasypy, wykopy:

 

O wulkaniczne źródła topionych metali

maszyny w tym pejzażu tysiąc walk prowadzą,

magnesami polują na siebie nawzajem,

od ich ślepych ukąszeń rdzewieje żelazo.

 

W zwierzostan mechanizmów rozwój ewolucji

wprowadził człowiekowi nie znane odmiany

i tylko na nie dotąd dziwny urok rzuca

ów robot na żelaznym krzyżu krzyżowany.

 

Ale już się najpierwsze granice wyznacza

w stu wojnach, w stu rdzawiących, pełnych złomu orgiach,

przy władzy są myślące - ta arystokracja:

kończy się ewolucja, zaczyna historia.

 

 

OSWAJANIE MASZYNY

 

Więc podchodzę metalową wieżę

gdzie każde piętro

składa się z automatów

dążących do swoich celów

 

Jest to maszyna samodzielna nieprawdopodobnie

potrafi nawet

rozmontować swoje elementy

i przenosić się z miejsca na miejsce

w poszukiwaniu surowca

 

Obliczanie jest jedyną pasją jej sztucznego mózgu

zbliżam się do niej z obawą

(z tych wyliczeń wynika

że nie jestem maszynie potrzebny)

 

Oto dotarłem podstępnie

do ogromnej tablicy rozdzielczej

gdy pomylę się w lesie guzików

mogę wydać wyrok na siebie

 

Ale przecież nie można dopuścić

żeby wieża żyła na wolności

wymyślała maszyny i bomby

i wtrącała się w moje sprawy

 

 

POŚPIECH I AUTOSTRADA

 

W mojej willi jest robot mechaniczna niania

co każde z moich pragnień pozna i uściśli

a w biurze jest maszyna taka do pisania

tłumaczy na swój język wszystkie moje myśli

 

Pach pach to polecenia umowy dekrety

pach pach o każdym świstku pamiętam i wreszcie

pach pach dyktuję pismo do swojej kobiety

kochanej według recept lecz nazbyt pospiesznie

 

Umiem skróty adresów grać na telefonie

gdy wyruszam za tępym paragrafem w pogoń

i rżą w stajni garażu mechaniczne konie

autostrada i pośpiech a nie mam do kogo

 

 

RACJONALIZACJA BRZOZY

 

Pień to jest grube n nieporozumienie

wystarczy rura owinięta w papier

w ten sposób można

zaoszczędzić drewna

 

Gałęzie można powyciągać z drutów

nie dopuszczając do powikłań kształtu

 

Po co korzenie

nie potrafię pojąć

wystarczy rurę mocno wkopać w ziemię

 

Dlaczego liście

nie lepiej żyletki

 

Czemu zielone

czy nie szkoda farby

 

Liście zmieniają barwę

opadają

żyletki można sztucznie uodpornić

 

Wiosna wypływa spod naciętej kory

sok bardzo smaczny i pełen witamin

trudno naciąć nożem twardą rurę

więc proponuję mały kran i kurek

 

 

BALLADY WEWNĘTRZNE

 

 

NAJBLIŻSZY

 

Wejść w twój uśmiech Chcę zamieszkać w twym uśmiechu

pogłębiają się twoje rysy

wydłużają się do mnie twoje spojrzenia

w pocałunki delikatne jak liście

 

Potem wchodzę

prosto w oczy pękające w głąb

w noc jak w dziuplę

w ciało twoje

jak w muszlę

i w milczenie

aż do twoich rąk

 

Odwróciło się do nas dno

oczodoły napełnione wapnem

ile można odnowić spojrzeniem

z gwiazdy ziemi rozpalanej nagle

 

Ilu ludzi we mnie Dobrych złych

jeden zagarnął uśmiech twarz i oczy

odwrót do ściany od bliskiego ciała

odwrót od serca aż do cudzych drzwi

może znużenie jest cząstką miłości

 

W czas jak w rzekę

w swoją łódkę

jak w trumnę

w nienazwaną myśl Najdalej wchodzę

w ciszę

Wiemy co do siebie milczymy

w las rozcięty promieniem brzozy

 

 

KAMIEŃ I RZECZ

 

Poznać początek kamienia i rzeczy

jest między nimi granica niestała

rzecz się odcina kształtem określonym

a kamień zastygł w dowolności bryły

 

Kształt przed kamieniem rzeczy nie ocali

bo kamienieją sprzęty niełaskawe

na przykład klamka która nie otwiera

krzesło gdy na nim zmęczenie nie spocznie

 

Co do kamienia Gdy podnoszę kamień

to go podnoszę do godności rzeczy

Cegła jest rzeczą i ulicy bruk

z rzeczy się składa potwierdzonych stopą

 

A więc nie wierzę Patrzę w każdy kształt

gdzie rzecz w kamieniu kamień w rzeczy drzemie

a nawet patrzę w twoją twarz z obawą

rzeczą dla ciebie jestem czy kamieniem

 

 

PUSTYNIA

 

Człowiek którego nienawidzę

który zostawił w tobie ślady

zestraja pożyczony uśmiech

z rysami swojej sztucznej twarzy

 

Pod jego ręką świat się zmienia

jabłka i kwiaty pachną gorzko

gdy spojrzy z niespodzianej strony

w oczy zaszczute samotnością

 

Ruszyłem za nim trop po tropie

rzecz każdą sprawdzić i naprawić

lecz tylko długo błądzić mogę

w pustyni którą pozostawił

 

 

LEGENDA

 

Co można wywróżyć z czerwieni, z przypływów jej i odpływów.

Człowieka można zastąpić. Brakuje ci pierwowzorów.

Dla rozeznania masz tylko serce skazane na wybór,

a gdyby wybór był łatwy to nie byłoby wyboru.

 

Nikt poza swój wybór nie wyjdzie. Ty jesteś loterią nadziei.

Nikt na nic nie zasługuje co w jego nie było wyborze,

a ono posłanie krwi twojej na przypływ i odpływ rozdzieli

więc kiedy się kurczy jest źródłem, a kiedy rozszerza jest morzem.

 

A dokąd się ono dobija. Podobno ma wielkość pięści.

Loteria twojego wyboru więc naucz się bólu na pamięć.

To mięso tak bardzo czułe, ten strzęp taki niezależny ...

W dorzeczu twojego serca coś jeszcze na pewno się stanie.

 

 

GRÓB NIEZNANEGO BOGA

 

Kiedy Jezus miał lat dwadzieścia

kazano mu nosić karabin --

piękne plecy sposobne do krzyża

nie wyczuły nawet jego wagi.

 

Ale kula im drogę przecięła,

gdy się oddział w potyczce cofał:

ktoś mu zabrał z nóg niezdarte buty,

ktoś mu grób koło wzgórza wykopał.

 

Obok brzozy - sanitariuszki

bez kamienia, bez krzyża na grobie

odkupiony od nieba dla ziemi

nie zmartwychwstał,

odszedł

jak człowiek.

 

 

STUDIOWANIE PRAWA

 

Popatrz przez prawo jak przez gęstą sieć:

zamieszkasz przestrzeń splątaną w tej sieci,

a potem człowiek - Usiłuje przejść

porządek prawa jak porządek rzeczy.

 

Skryć się przed prawem. Prawem się zasłonić.

Więc wśród przepisów będziesz ogrodnikiem,

poznasz litery ustaw tak jak twarze,

gdy dojrzewają owoce wyroków.

 

Bo nawet w zbrodni może być subtelność

co nie pobłądzi w labiryncie ustaw

i nieuchwytna - na granicy prawa.

 

Bo nawet słowo może być narzędziem

które potrafi zabić tak starannie,

że nie ma śladów na miejscu przestępstwa.

 

I kat odziany w białe rękawiczki

jeszcze na sobie nie ma tej obłudy.

 

Więc można tęsknić: do korzeni praw,

gdzie kara była podobna do zbrodni.

 

Przed tobą człowiek zdolny do okrucieństw

na skalę swojej wyobraźni

wtedy

na pełny wyrok nie wystarczy prawa.

 

Przed tobą człowiek zdolny do cierpienia

na skalę śmierci.

Zastanów się jeszcze.

 

Ty jesteś prawem.

 

 

POCZĄTEK PRZYGODY

"Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono"

Wisława Szymborska

Jest we mnie jeszcze niejedna

radosna niespodzianka

 

dźwigam nadzieję

 

a jest to czasami ciężar nad miarę jednego

człowieka składa się z doświadczeń tych wszystkich

którzy posiadali ją kiedykolwiek gdy na przykład

okręty znajdowały dno albo

ludzie stwarzali wokół ludzi

pustynię

 

Na każdym miejscu

zaczyna się moja przygoda

 

I zawsze kłamią puste ściany

nie jestem sam

jeżeli ktokolwiek czeka

nie znam tylko rysów jego twarzy nazwiska i innych

danych więc ręce moje ręce są o wiele za krótkie

aby mu je podać

 

I zawsze będę szukał jego adresu

Nawet ten wiersz

jest tylko próbą listu do niego

 

Poza tym jestem

lokatorem twojego snu

błaznem o nie dość wytresowanej twarzy

przyczynkiem do cudzej kariery

i długo czekającym na wejście

w przedsionku twojego serca

 

Gdy mnie spotkasz

sprawdzę siebie w twoich oczach

 

 

PO STRONIE SZAROŚCI

 

 

NIE ZAPOMNIJ O WRÓBLU

 

Kiedy się drogi rozplotą coś przecież trzeba ocalić.

Nie zapominaj o wróblu, o ptaku zaokiennym,

przydrożnym i podwórzowym, lecz przede wszystkim szarym,

często śródpolnym, a zawsze podobnym do grudki ziemi.

 

Ja stoję po stronie szarości: dla wróbli mam dużo sympatii,

dla ciebie miałem dni szare bo sam nie jestem inny.

Spójrz proszę na wróble z ironią jak na latające ziemniaki,

na szarobrązowe pióra, na skrzydła jak obierzyny.

 

Więc wróbel spotyka się ze mną i ziemia i ziemniak -- jej owoc,

a wszystko do siebie podobne nim w mojej się kpinie uwikła

Ja widzisz będę miał klatkę, w której nie zamknę nikogo

i jeszcze radosną prawdę, że szarość także ma skrzydła.

 

Są inne ptaki: w ich skrzydłach znalazłaś nadmorskie przestrzenie,

kolory dalekich krain w ich egzotycznych piórach,

więc smak odległych owoców i palma skusiła ciebie:

to wszystko z szarości ziemi...

Więc nie zapomnij o wróblach.

 

 

OKNA

 

Szkła okien pomniejszały wklęsłe od pokoju,

świat poprzez nie spoglądał zawsze jednakowo:

nie spostrzegł u nas gwiazdy, nie spostrzegł przestrzeni

patrząc w pokój zmniejszony w porównaniu z sobą.

 

Chcieliśmy gnieździć w oczach więcej krajobrazu

nim zadławiony pejzaż o zachodzie skona -

Szkła okien powiększały wypukłe do świata

przez co świat widzieliśmy powiększony o nas.

 

 

MIARA

 

Jest w tym uśmiechu takie wyliczenie,

że aż okrutne, że aż trzeba odejść.

Jest smukłość ruchów, ceramika twarzy

w rzemiośle ciała nie masz równej sobie.

 

Zatem nie można w tobie uzupełnić

co domalujesz, czego w twarzy nie ma

tak piękna, że już dla swojej urody

nie potrzebujesz mojego wzruszenia.

 

 

NIEŁADNE OCZY

 

W niewiedzy luster masz nieładne oczy:

popatrz w ulicę - niech się w nich zakończy,

w niebo - niech chmury cienia w nie naniosą,

zmrużenie powiek niech oznacza słońce.

 

Wiem przez odległość - przez niezbędną ścieżkę

od twoich oczu do zapominania,

że żadne inne pełniejsze barw większe

nigdy nie będą t w o i m i oczami.

 

Co jeszcze pełne tych świateł dalekich

lecz tak potrzebnych, że nie idą na dno

kiedy cień na twarz, na oczy powieki

a na powieki pocałunki spadną.

 

 

BAJKA I BARBARA

 

To Bajka w uśmiech zaokrągla rysy.

Barbara składa stóg mokrego prania,

albo na rynku łowi w sieć ogórki…

Zdrowaś Barbaro. I zostajesz sama.

 

Jedna przychodzi w wieczorowej sukni,

a w ręku drugiej ścierka - sztandar szary

dnia codziennego. Więc można przynosić

róże dla Bajki. Węgiel dla Barbary.

 

Tworzymy Bajkę z uśmiechu Barbary --

mit tak prawdziwy, że wreszcie zanika

i już Barbara nie umie się bronić

szpadę ma z igły i tarczę z guzika.

 

I wtedy obie odchodzą od siebie:

czas parodiuje ich rysy po latach.

Wcześniej Barbara przez nas pomijana

stygnie w uścisku. W nierozumnych łapach.

 

 

SOJUSZNICY

 

Stół z śladem po żelazku na szerokich plecach,

kredens, gdzie śpi muzyka w garnkach i talerzach,

zegar kuśtykający…A i stół kuleje,

encyklopedia służy mu jako proteza.

 

Szafa pajęczynami zrośnięta ze ścianą,

przytułek, gdzie śpią plamy na podartych swetrach,

więzienie moich nowych, źle skrojonych spodni,

zakątek, gdzie się mole wieszają na szelkach.

 

Stare kicze na ścianach uczą tolerancji

dla upodobań tego, co je tam powiesił,

łóżko, na którym nogi wyciągam do rana,

i krzesło, co potrafi zaokrąglić plecy.

 

I jest światło, co gaśnie na skinięcie ręki,

lustro, co moje myśli o sobie wyśmiewa,

i drzwi, przez które mogę wychodzić na wolność,

i okno, które daje mi dostęp do nieba.

 

 

KUCHNIA

 

Zaostrzone śledziki noży

w głębinach szuflad

 

głodne garnki nastawiają uszu

zaparkowane na półkach

 

Konstelacja ziaren cukru

zgrzyta

rozsypana na wilgotnej podłodze

pantofle

poruszają się po stałych orbitach

 

Z trzech kolonii

spiżarni

sklepu

i targu

zieleń

wydawana jest na pastwę garnków

 

Nienasycone pożądania

rozpalają się w piecu i rosną

opalone na czarno rondle

pochłaniają podeszwami gorąco

 

Wytopione z słoniny zapachy

sproszkowane w solniczce morze

księżyce kminku

na widnokręgach skórek chleba

rozcięte nożem

 

Zestrajają się w jedną całość

czajnika wrząca fontanna

wodospady mleka

oceany w garnkach

fruwające na ścierkach talerze

rzeki co płyną do zlewu

zgrzytający po kościach tasak

cierpki płacz

rozkrajanych cebul

i muzyka na maszynce do mięsa

gdy się z pasją korbką pokręca

 

Potem chmury Wyprana bielizna

na dwu sznurach zapłacze deszczem

potem w podróż ruszy żelazko

Latający Holender

na desce

 

1959

 

 

ODWRÓT

Leszkowi

Więc opadanie

powiek

wieka trumny

trumny do grobu

grud na trumnę

ciężko

 

I będę leżał

i będę się stawał

na obraz ziemi i jej podobieństwo

 

Wolno wam jeszcze rzucić trochę gliny

z odciskiem palców

to będzie mój posag

 

A ty się odwróć od swojego bólu

szczupła brunetko o gotyckich włosach

 

Jeśli jak zbędny udział w mojej śmierci

komuś tu po mnie drobny ból zostanie

niech mnie przesadzą do głębszego grobu

niech leżę

niżej

niż dosięgnie pamięć

 

 

STODOŁA

Joli

1

Wóz zaprzężony w cztery koła

wypręża boki drabiniaste

każde z kół oś otacza w miejscu

gdzie żebra szprych się schodzą w gwiazdę

 

Za drogowskazem dyszla szkapa

przeżuwa w pysku zapach pola

na słońcu lśni dokoła karku

chomąto - końska aureola

 

Po bokach konia tuż pod skórą

drabiny dwie o gęstych szczeblach

gdy droga chudnie w stronę łąki

po bokach wozu sterczą żebra

 

2

Słomiany dach pokryty mchem

na żebrach co wyrosły w lesie

ociekające potem lato

napełnia ją po samą jesień

 

W ścianach stodoły usnął las

toporem ociosany z echa

Dach skupia w snopkach sen o polu

jak w polu snopom śni się strzecha

 

Są jeszcze sińce na klepisku

zanikające przy maszynach

w sąsiekach zasuszona łąka

w pełnię stodoły wchodzi zima

 

Stodoła cztery strony ma

wsparte na świata czterech ścianach

jej północ porośnięta mchem

jej strzecha niebem połatana

 

Jest do niej zaprzężony pies

ujada na dowolny temat

jest do niej przywiązany człowiek

z twarzą zlepioną ze zmęczenia

 

3

Szerzy się rzeka polnej miedzy

z strumyków ścieżek uzbierana

Powraca z łąki w nurt gościńca

koń obciążony górą siana

 

Na siano rude jak widnokrąg

usiadło przedwieczorne słońce

i zarudziały aż do sierści

wypchane sianem  boki końskie

 

W rytm czterech kopyt na wybojach

gra każde z czterech kół z osobna

melodię drogi do stodoły

która od dziś nie będzie głodna

 

 

GOTYK ŁAGODNY

 

Ptak najbardziej gotycki. A błękitny pułap

nad kościołem załamał się pod kątem ostrym,

tylko ponad wieżyczki co mają kształt gwoździ

podnosi się pionowo na skrzydłach jaskółek.

 

Jaskółka. Ostrołuki lotu. Tak strzelista,

że niesie gotyk w górę na błękitną nawę.

I podobno jest taka jaskółka w Warszawie

co zalepia gniazdami szramy po pociskach.

 

 

PERYFERIE

 

Krowy rogami otwierają bramy,

gdzie się zaczyna wielkie miasto Kraków,

droga kuleje podparta wierzbami

i jesień pełna pieczonych ziemniaków.

 

Auta dostają tu morskiej choroby,

pomiędzy piętra chce się strzecha wtulić

ściekają deszcze na wyboje drogi

i jest w kałużach światopogląd ulic.

 

 

ZAPISKI TRUBADURA

 

Komnata kurczy się od mroku

dziewka służebna wnosi światła

przed ogniem śpią niedźwiedzie skóry

przy oknie marznie portret dziadka.

 

Na prawej ścianie szczątki zwierząt

co z Ryszardowej padły ręki

na lewej zbroje mężów którym

od jego miecza kości pękły.

 

Żar ostrzy odblask o żelazo

i groźnie sterczą martwe rogi.

W wielkiej komnacie z trofeami

waleczny Ryszard moczy nogi.

 

 

WĘDRÓWKA

 

Brzegi rozejdą się w dół rzeki

zerwane mosty braknie łódki

więc nie dojdziecie na brzeg morza

co będzie brzegiem twej wędrówki

 

Więc pójdziesz sam zobaczysz w drodze

jak czas powiela ludzkie twarze

będziesz dla ziemi pożądaniem

i dla pocisków drogowskazem

 

Drogą od myśli do maszyny

drogą od łódki do okrętu

skąd idziesz że nie jesteś pewien

wierności wymyślonych sprzętów

 

Gdy wchodzisz w las stajesz się drzewem

co w twojej ciszy się rozrosło

a kiedy nurt przemierzasz łódką

wtedy udziela ci się wiosło

 

Nie znajdziesz obiecanej ziemi

od pól polarnych aż po równik

i tylko czasem będą chwile

że serce tak jak most zadudni

 

Gdy ptak zawraca ku ścierniskom

niepokój bruzd rozdajesz polom

prześcigniesz ptaka w locie myślą

z zazdrości ptakom jest samolot

 

Warstwice chmur nad twoją głową

obłoków przeorany błękit

gdy ziemię niepokoisz ziarnem

osiądzie ziemia w bruzdach ręki

 

Dooraj się i bruzd na twarzy

i jeszcze głębszych bruzd w pamięci

twoja wędrówka będzie odtąd

uśmiechem który wie o śmierci