Home Wiersze dla dorosłych W cieniu ognia

W CIENIU OGNIA PDF Drukuj

 

Hani –

żywiącej ogień

 

POCZĄTEK

 

I odtąd żyli długo i szczęśliwie.

Kończy się sprawa i urywa opis.

Autor co stręczył kochanków ku sobie

z zadowoleniem odkłada rękopis.

 

Film się urywa. Kończy się audycja.

Czas się nawarstwia. Z wolna nas zabija.

Już tylko skandal może nas ocalić.

A nasza ziemia jest jakby niczyja.

 

I odtąd żyli długo i szczęśliwie.

Nie obchodzący naprawdę nikogo.

I odtąd żyli. Jak? Chcę podpowiedzieć

trudnemu szczęściu bodaj jedno słowo.

 

 

URODZINY

 

Nocą

ptak się w tobie narodził

 

Nadsłuchiwałem

jego śpiewu

 

Rozkurcze serca

jak otwieranie skrzydeł

 

Przygotuję mu miejsce na gniazdo

by nie odleciał

 

Bo ptaka

który się w tobie narodził

można

oswoić

spłoszyć

 

 

USTRONIE

 

Liść żegluje na wietrze.

Ptak się przed tobą otwiera

obydwoma skrzydłami. Chmury

jak wielkie liście nieba.

 

Zielona rzeka wiatru

sunie w trawie. A sosny gwarzą.

Są jeszcze takie miejsca.

Gdzie nie panuje żelazo.

 

 

SYGNAŁY

 

Wyją we mnie syreny. Alarm. To ktoś drugi.

To kuzyn. Zaludniony kosmos kuzynami.

Króliki doświadczalne u królic. Kuzyni.

Parawany uścisków chyłkiem wymienianych.

 

Złego słowa nie powiem. Pakuję walizki

do podróży. Już gotów. Pożegnać złudzenia.

Żal mi wszystkich wieczorów, które nie nadeszły.

Mianuję cię wspomnieniem po własnych marzeniach.

 

Jeszcze czekam na sygnał. Na niepożegnanie.

Wolna droga przed tobą. Niech przyjdzie najgorsze.

I alarm odwołany. Trzeba rozpakować

bagaże.

Zawsze nie do końca.

 

 

PRAWO

 

Co on w niej widzi. Co ona w nim widzi.

Oto jest prawo pierwszego olśnienia.

Tacy zwyczajni, jak wróble na piasku.

Jałowość piachu w ziarno się zamienia.

 

To dzięki tobie przywłaszczam krajobraz.

Z tobą ma dla mnie leśny smak powietrze.

I nie zaprzeczy temu odkrywaniu

naiwność naszych barw, gdy czas je zetrze.

 

Rzecz sprawiedliwa. Gdy widzialny świat

twoim imieniem po imieniu wołam.

Zachowaj prawo pierwszego olśnienia,

tak właśnie trzeba patrzeć dookoła.

 

 

WYSPA RUCHOMA

 

A skoro jesteś wyspą

jakie otacza cię morze

 

Z jakich lądów

żeglują do ciebie okręty

 

Jakie burze

odbijają się od twoich drzew

 

Gdzie w przelocie

ptaki odpoczywają

 

W tobie

bezpieczny port

po sztormach podróży

 

Dopóki byłem rozbitkiem

oceniałem twój łagodny brzeg

 

Spojrzeniami wyznaczasz widnokrąg

dobrej pogody

 

Pozwól mi zostać na zawsze

Robinsonem

 

 

CZĄSTKA

 

Powiadasz

tobie

odebrałam świat

 

A czy ja mam

sto gardeł

czy mam

sto żołądków

by go połknąć do końca

 

Powiadasz

tobie

odebrałam świat

 

Owo obżarstwo światem

nie byłoby zdrowe

 

Sprawdza się tylko

jedno miejsce

gdzie może

byłoby mnie brak

 

Jest to miejsce

na ziemi

przy tobie

 

A czy świat mi się może

na cokolwiek przydać

 

Jesteś jego pewnością

ulotną po latach

 

Powiadasz

tobie

odebrałam świat

 

O nienajgorsza

cząstko tego świata

 

 

NIEWIELKA DROGA

 

Do ciebie idę jak do źródła,

skąd płynie rzeka, tak jak płynie czas…

Niech każda ścieżka mnie prowadzi,

gdy trzeba przejść przez poplątany las.

 

Do ciebie idę jak do rzeki,

odnaleźć pragnę dla nas dobry prąd.

Czy zostaniemy nad nią mostem,

czy popłyniemy może razem z nią.

 

Do ciebie idę jak do morza,

ze wszystkich źródeł i ze wszystkich rzek.

A morze łączy nasze brzegi,

a morze uczy cenić własny brzeg.

 

Do ciebie idę jak do portu,

zmęczony znaleźć chcę bezpieczny port,

bo w pół do morza, wpół do źródła

spotykam w drodze zawsze sztorm.

 

Niewielka droga, tak niewielka

jak wiele waży twój udział w tej drodze.

Sam ją wydeptam, ile w niej przestrzeni...

Kiedy odchodzę, do ciebie odchodzę.

 

 

WAGA

 

Twoje ciało

przepływa przez noc

jak na rzece wezbranej czółno.

 

Potem chwila

rozjaśnia się nagle

jakby słońce

uderzyło o północ.

 

Twoje ciało

a tak go niewiele

gdy się ucisk

w łagodność rozplata,

a jest szalą

która równoważy

całą brutalność świata.

 

 

WARKOCZ

 

Kiedy idziemy razem

widzę

 

dziewczynkę

którą byłaś

 

widzę

młodą kobietę

 

widzę

staruszkę

którą będziesz

 

młoda kobieta dogoni staruszkę

i

razem odejdziemy

 

nie umiem tylko

wrócić do dziewczynki

którą chciałbym

pociągnąć za warkocz

 

 

SPRZĄTANIE

 

A tak przestawiasz meble

że ja jestem sprzęt

nie ustawiony dość zręcznie

w mieszkaniu

 

A zamiatasz tak bardzo

że ja jestem proch

na przekór odkurzaczom

cień plamy

na ścianie

 

Niewygodny do końca

nie dam się prasować

i mózgu nie wypiorę

i krwi nie wysuszę

 

Na strych mnie nie wyniesiesz

dziś dla ciebie jestem

nie przyszytym guzikiem

plamą na obrusie

 

 

LUSTRO

 

Nie mów tyle. Mam dosyć codziennych litanii,

aż przestał mi smakować chleb przy wspólnym stole.

Nie mów tyle. Do dziecka. A te nasze racje

znane są nam na pamięć od wielu pokoleń.

 

Nie mów tyle. To tylko papier na podłodze.

Sprawdź czy czasem w milczeniu podnieść go potrafisz.

Nie mów tyle. Choć łachów rozdęte bebechy

wywalają z uporem paczone drzwi szafy.

 

Pokój temu domowi. Skorupom wazonu…

Posmakuj trochę ciszy na starganych nerwach.

Nie mów tyle przy lustrze. Spojrzałem w tę stronę

aby przerwać.

 

 

CÓRECZKA

 

Lewą rączką

podłożyła pod sen,

kosmykami włosów

się uśmiecha,

zanurzyła się w nocy:

wysławia

wszystkich bajek

poplątane echa.

 

Jeszcze usta

zamknięte na smoczek,

jeszcze uśmiech

puchowej ciszy…

A już nogi

Niespokojne

spod kołdry

na spotkanie światu

chyba

wyszły.

 

 

WŁAMANIE

 

Ten trzeci przyjdzie. Szczeliną po kłótni.

Sam go sprowadzę. Nie mówmy o winach.

Przez humor. Zazdrość. Przez przypadek krwi.

Zdarzy się jedna spalona godzina.

 

Chyłkiem jak złodziej. Ukryty jak lis.

Czy też wytwornie. W masce przyjaciela.

Postawi między nami barykadę.

Zza niej będziemy już do siebie strzelać.

 

Nic mu do ciebie. I twoje odejście

ze mnie wynika. Jestem odniesieniem.

Gdy byłaś światem. Przekreśliłaś świat.

Byłaś sumieniem. Skreśliłaś sumienie.

 

Czy ktoś nas okradł. Nie stało się nic.

Prywatność świata nie zmieni wyroku.

Tak mało mamy, że można nam zabrać

spojrzenie w oczy. Tylko. Święty spokój.

 

Ten drobiazg. Szpilka. Ten spór niby gwóźdź.

Co niespodzianie rozrasta się w drzewo.

Ta trzecia przyjdzie. To ty ją sprowadzisz.

Świadomi ciosu. Niespodziwanego.

 

 

ZAUŁEK

 

Tragedia nasza zazwyczaj polega

na odmiennym rozumieniu słów

bo twoje słowo kocham

znaczy tylko dom

a moje tylko świat

na którym

bezdomnie mi bez ciebie

 

Gdy przestałaś mnie kochać

po raz osiemnasty

choć ściany domu

pełne były echa

tych naszych

zawsze przedostatnich

pocałunków

Nie odgadłem przyczyny

i nie byłem pewny

dziewiętnastej miłości

 

Tak niepodobna

nauczyć się wszystkich

zaułków serca

na pamięć

 

Teraz kończy się przypływ

nie pamiętam już

dwudziesty siódmy

czy dwudziesty ósmy

 

I znowu każde słowo

zamienia się w kamień

 

Dźwigać kamienie

budować z nich dom

 

 

COCKTAIL PARTY

 

Pęka nasz dom. Skruszony. Czyjąś dobrą radą,

w czasie, gdy żadnej rady nie trzeba udzielać.

Oto straszliwe ciotki. Na stu miotłach jadą

na sabat w nasze progi. Bo dzisiaj niedziela.

 

Judzą nas przeciw sobie. W szlachetnej głupocie.

Kochani dobroczyńcy. Z każdej strony krwi.

Już cień ich doświadczenia okrył nasze noce.

Zbyt zieloni, by ostro pokazać na drzwi.

 

Z ćwierćdoświadczeń. Z półracji. Piekło brukowane.

Mieszanka wybuchowa: życzliwość i niechęć.

Aż zmęczeni. Rodzinnym cocktailem pijani.

W kozi róg zapędzeni. Wybuchamy śmiechem.

 

 

CENA

 

Znużenie kwiatów:

- Znów przyniosłeś kwiaty!

A to o porze zwątpień

zbyt wielki wydatek...

 

Kiedyś na naszych drogach

(może jeszcze jutro)

każdy kwiat był dla ciebie

zagrożony,

gdy zrywałem je

na ścieżkach znajomych,

odbierałem przekupkom...

 

Tak więdną kwiaty

w cieniu naszego znużenia,

jak gdyby nigdy

pszczoły nie zaznały…

Jak im przywrócić

i zapach i barwę,

ażeby znowu

nie istniała cena.

 

 

SZARŻA

 

Byłem dzisiaj człowiekiem. To się jeszcze zdarza.

U wszechwładnego szefa. Przekreślić granicę

milczenia. Już pochlebcy ostrzą paragrafy.

Czy mnie znajdą, czy może rzucą ochłap. Życie.

 

Ktoś się musiał odważyć. I głośno wyrąbać.

Ową ścieżkę dla innych. Za własną niełaskę.

Zadeptają. Być może. Będę musiał odejść.

A ty czemu powiadasz, że tak będzie zawsze?

 

Z czego będziemy żyli. Spytałaś. I sam

własnej głowie i rękom odtąd nie dowierzam.

Byłem dzisiaj człowiekiem. Ktoś musiał. A ty

podziwiaj, choć przez chwilę, swojego rycerza.

 

 

GWIAZDY

 

I oto idzie jesień, to złota, to szara,

żywe listy zieleni giną bezpowrotnie.

Liście naszego lasu zaklęte w kotarach,

w najśmielszym wzorze sukni, w doniczce na oknie.

 

Gwiazdy nasze wyprane i pocerowane

przyniszczyły się mocno, choć błyszczą od święta.

Na czubku klamki, lampie, haku wbitym w ścianę

tropi je twoja czujność: i ścierka i ręka.

 

Odnowimy je jeszcze i w prawdziwym lesie,

w żywych liściach wieczoru zabłysną nad ziemią.

Jak słońce mojej pięty w dziurawej skarpecie,

które promieniem nitki zaszywasz jak pieniądz.

 

 

PEJZAŻ

Hani - wczoraj

W garobrazie twojego świata,

gdzie gotujesz mi spokój i pewność,

żadne okno i żadne drzwi

nie prowadzą na zewnątrz.

 

Pracownicy powszechni miłości

w szeregowy dzień uwikłani.

Jakie słońce patelni rozświetli

ten dom

po widnokrąg meblościany.

 

Czas rozwija się kłębkiem wełny

i zielenią doniczkowych pnączy.

Już bogatsi

o uśmiech liścia

szeregowi rycerze miłości.

 

 

DRUGA URODA

Hani –jutro

Uroda się skończyła

po trzecim porodzie

 

 

przy pierwszym nadwątlona

po drugim nadżarta

 

 

W twoim czasie brzemiennym

unoszona z trudem

pękała

nie doniosłaś jej

do rozwiązania

 

 

Dziś jeszcze

roztopiła się w wielkim zmęczeniu

 

 

spłynęła z wodą

z wielkiej góry prania

za którą staję

by nie widzieć zmarszczek

 

i unieważnić je swoim spojrzeniem

 

 

ZIEMIA ZIELONA

Hani - zawsze

Zapraszam cię do lasu:

w sztuce całowania

jest dojrzewanie jagód

aż do naszych ust.

 

Jagodę lasu pełną

podasz mi ustami,

na rękach będę z tobą

las po lesie niósł

 

Jesteśmy jak zwierzęta

uwikłani w zieleń,

a las upił się wiatrem

i szumi jak krew.

Od barwy czarnych jagód

rośnie nam prze wieczór

w ogromne drzewo nocy

jagodowy krzew.

 

Oczy masz od zieleni

błyszczące świetliki.

Świecą jagody nieba…

A ciało jak most,

po którym po nie wejdę.

I rosną jagody,

każda w naszą

kolejną

tysiącpierwszą noc.

 

 

OSTATNIA MIŁOŚĆ

Hani - nie po raz ostatni

Spójrz jakie trudne. Budowanie gwiazdy.

Z rąk rozłożonych. Lub splecionych mocno.

A jeszcze trudniej kochać cię dzień po dniu

grającą pralką, żyletką lub szczotką.

 

I chorą nerką. Zepsutym żołądkiem,

strachem o jutro związanym w nerwicę.

Jak ci powiedzieć, że nie ma pieniędzy?

To się nie mieści w żadnej poetyce.

 

Ognisko rzuca cień przy pełnym słońcu

i gasną iskry - żywy sznur korali.

A ile ognisk, spojrzeń w oczy trzeba

ażeby gwiazdę daleką rozpalić.

 

I trudno płomień ugasić płomieniem.

Gdy gorejemy. Dwugłowa pochodnia.

A skoro nigdy płomień się dopali.

Odpoczywamy w cieniu tego ognia.

 

A są w nim żagwie i małe i duże,

i tajemnice nie nazwane głośno.

Ostania miłość ściera z szafy kurze.

Czy się kochamy ostatnią miłością.

 

 

PEŁNIA

 

To co było,

co jest między nami,

zamilkliwe,

gdy się o tym powie,

niech zakwitnie

i niech się rozrasta

w wielkie drzewo,

drzewo owocowe.

 

Twoje oczy

słoneczne owoce,

twoje oczy

niebieskie migdały,

dojrzewają

do barwy błękitnej

jakby z nieba

na ziemię spadały.

 

Dla tych oczu

trzeba listka ciszy,

by z nich niebo

w szarość nie opadło.

 

Czy potrafię ci dać

kiedykolwiek

z naszych spełnień,

za oknami jabłoń?

 

 

WIECZORNA KANONICZA

 

Kiedy dzień jest już trochę zmęczony

jak po walce odchodzący rycerz,

dobrze mieć rozłożoną pod nogi

ulubioną wieczorną ulicę.

 

Dobrze błądzić przez miasto samemu,

choć to chwila nie bardzo samotna:

tobie twoja wieczorna ulica

poda słońce z okna do okna.

 

Choćby słońce się skryło za chmury,

nie spostrzeżesz złocistej straty,

wtedy twoją wieczorną ulicę

parasole ozdobią jak kwiaty.

 

Stąd wejść można w ubiegłe stulecia

jak w zdobioną portalem bramę:

może trochę za bardzo kamienna

jest ulica - zamknięta na Zamek.

 

Przyspiesz kroku: są kwiaty na skwerze,

ocalało pod Wawelem drzewo,

a kwiat milczy, drzewo szumi za cicho,

gdy się ktoś nie uśmiechnie do niego.

 

Ciasno oczom, bo noc się już zbliża,

Baśń cię jeszcze w ciemności omami:

Oto twoja wieczorna ulica,

oto Zamek zdobiony światłami.

 

 

OKNO

 

Wyglądnij za mną oknem

po dwudziestu latach.

 

Trochę śmieszny obrządek

nieco zapomniany.

 

A kiedyś nasze okno

pełne było ciebie

Jak rzadko pod te szyby

teraz powracamy.

 

Dziś stało się tak ciepło

jakbyśmy na nowo

zderzyli się sercami.

 

Przypadkowo  może

oglądam się.

W tę stronę,

z której pragnę ciebie

oczekiwać

o każdej

uśmiechniętej porze.

 

A możesz przecież udać,

że sprawdzasz czy szala

 

nie zapomniałem włożyć

przy jesiennych wiatrach…

 

Z tej szpary, tak obszernej,

że nigdy dość ciebie,

 

wyglądnij jeszcze za mną

po dwudziestu latach.

 

 

INACZEJ

 

Kobiety które kocham

swoją obecnością

zachęcają do życia

i nadają sens

 

Kocham je nie dla siebie

jestem ich rycerzem

 

Wiem dacie mi przykłady

że kobiety są

łatwe zawistne oziębłe zmysłowe

 

Ambitne aż do manka

mężów i kochanków

 

Zaciekłe anioły

 

Nadrabiające technikami bioder

zwyczajny brak czułości

której nie zastąpi

żaden podręcznik

 

Gotowe dla pieniędzy

zdradzić z ciekawości

tak prawie jak mężczyźni

 

A jednak spotkałem

 

Cztery Maryle

Laury Beatrycze

cztery Barbary

cztery razy cztery

co najniesłuszniej

są niewysławione

 

I Magdalena

godna poematu

dla której

i to dzisiaj

nie ma przebaczenia

za odrobinę ciepła

jakże by urosła

 

Stoją przy tobie

odbijasz się w nich

jak w wielokrotnych zwierciadłach

odbijają się w tobie

 

Kobiety które

jeśli mam być szczery

są właśnie takie

jak je chcemy mieć

 

 

JAK DRZEWO

 

To ból się we mnie jak drzewo rozrasta.

I palą się gałęzie.

Ogniska nerwowe.

Gdy -- przesłonięta kurtyną gorączki --

seriami leków uśmierzasz chorobę.

 

Lekarz zapisał dziesięć kropel ulgi.

Gdy się nadzieja wypaliła we mnie.

Ty byłaś blisko. Zajęłaś jej miejsce.

I wracasz mi ją. Ona wraca ciebie.

 

Widzę cię znowu. Opadła kurtyna.

Tak odnowiona podzielnym cierpieniem,

którego większą część wzięłaś na siebie…

 

To nie jest nawrót, ale ujawnienie.

 

 

BABIE LATO

 

Nastał nasz długi

pomiodowy miesiąc

 

na lata całe

w radości i gniewie.

 

Tak się rozszerza

do grobowej deski

 

nasze ubogie

rozumienie siebie.

 

Na koniec będę

mógł tobie powiedzieć,

 

gdy czas nam twarze

w siatki bruzd odmieni:

 

- Moja dziewczyno,

masz lat siedemdziesiąt,

siwa staruszko,

naucz mnie jesieni.

 

 

WIZYTA

 

I znowu wrócił gołąb, ten z ubiegłej zimy,

na nasz ganek: sypnijmy złotym deszczem ziarna.

Przypomniał sobie o nas i podchodzi bliżej,

kiedy śnieżyca głodem ptaki wszechogarnia.

 

Kuleje od momentu, gdy się wyrwał z sidła

i dlatego jesteśmy mu teraz pomocni,

gdy nadrabia odwagą, gołębim rozumem

kalectwo: niedostatek gołębiej sprawności.

 

Całą ubiegłą zimę miał na nodze sznur,

teraz kuleje śmiało, o okruchy prosi,

podchodząc coraz bliżej. Jesteśmy. A ptaki

oczekują naszej dobroci.

 

 

POGOTOWIE

 

Gdybym odszedł. Pieniądze znajdziesz w starej skrytce.

kosztowności me sprzedaj. Niech będą dla dzieci.

Przysługuje ci renta. Tak załatwić. Wiesz.

Ten ból w boku… Przedwczesny.

 

Przepraszam cię. Mówiłaś, bym zwolnił obroty.

Za chwilę będę krzyczał. Zamknij teraz drzwi.

Nie patrz na mnie. Dzwoniłaś. Lekarz zaraz będzie.

Ty wiesz, że jestem słaby. Więcej nie wie nikt.

 

Nie, że byłaś szczęśliwa. To zbyt wiele łaski.

Lecz, że są takie chwile. I chodzą piechotą.

I teraz wiem na pewno. I dobrze to wiedzieć.

Nie graliśmy kartami znaczonymi o to.

 

A jeśliby się trafił człowiek ciebie wart.

Niechże mówią co zechcą. Masz mu podać ręce.

Posłuchaj. To zgrzytnęła karetka pod bramą.

Jeszcze się ze mną pomęczysz.