Home Wiersze dla dorosłych

PRZYJMOWANIE PDF Drukuj

 

PRZYJMOWANIE

 

 

CENA

 

W moim życiu obszernym

jak wszechświat

do ułamka atomu

w mojej krwi

aż po gwiazdę odległą

wdychaną łapczywie

domysłem lub spojrzeniem

 

Dokądkolwiek dosięgnę

Wzruszeniem i myślą

szczęście i cierpienie

 

Cios każdy bywa odebrany

równoważony bólem świata

odwzajemniony buntem

 

Kiedy nieszczęście

przeorze mnie do dna

myślę

taka jest cena

 

Podejrzewam

jedno bez drugiego

nie byłoby możliwe

 

 

MIEJSCE

 

Uprawiam swoje dwa hektary świata

na Mlecznej Drodze. Od wielu pokoleń.

Oto jedyna moja perspektywa,

mój chleb i własne doświadczalne pole.

 

Codziennie trudem zaoraną ziemię

nawiedza chemia, gwiazda i żelazo,

nim wyhoduję tak soczysty czas,

by był przychylny wszystkim ludzkim twarzom.

 

Na Mlecznej Drodze jest gliniana droga

i to jest zwykłe miejsce dla człowieka:

ostrzami gwiazdy prześwietlona glina.

Zaświeć nade mną gwiazdo niedaleka.

 

 

MAŁY KROK CZŁOWIEKA

 

W tej wyprawie

w której wzięło udział

dwóch wojskowych

i tylko jeden cywil

 

Tak śmiałej

że już w zamierzeniu

przyrosła do historii

 

Na statku

z tylu części

że się nie mieszczą

w tak zwanej poetyckiej wyobraźni

 

W tej wyprawie kosztownej -

można by za nią

wyżywić kilka milionów Hindusów

albo Murzynów

(Wierzę zresztą że wszyscy dojdziemy

do miski kraszonego ryżu

choćby drogą pośrednią - przez kosmos)

 

- Neil Armstrong tuż przed lądowaniem

wyłączył precyzyjny komputer

(Jest to maszyna tak doskonała

że warta wielekroć więcej

niż moje życie twórczość i dobytek

jaki zgromadzę do śmierci

a jednak prowadziła lunonautów

ku katastrofie w skalistym kraterze)

 

Więc Armstrong podejmując sterowanie

określił niezbędność człowieka

pośród rzeczy

które nas przerastają

 

 

KOLORY

 

Kiedy ostatni czerwonoskórzy

zostali już wybieleni w rezerwatach

a ich ziemia

znalazła się w białych rękach

rozpoczęto poszukiwania

Siuksów albo Apaczów

na innych kontynentach

 

Nowocześni Indianie

w skórach białych czarnych żółtych brązowych

ukrywają

swoje czerwone sumienia

ale to można wyśledzić

stosując coraz nowocześniejsze metody

aż po radioaktywne

 

Podobno mamy kilka skór

te najgłębsze

mogą stanowić dowód oskarżenia

 

 

ECHO

 

Nawet w milczeniu

wszystkich dział Europy,

gdy pęka ziarno,

gdy je gleba tuli,

dojrzewa ołów

do skroni człowieka

dojrzewa człowiek

do jedynej kuli

 

A ty nad Ordą

pilnujesz Warszawy:

to jest to samo,

bo stamtąd tak blisko –

by nie zmiażdżyły

wschodzącego ziarna

czołgi, idące

na ostre pastwisko.

 

Odrzuć to echo,

a ono powróci:

obsieje ziemię

w kłosy się rozwinie.

A jeśli kula

tobie pozostanie,

to sam jak ziarno

pozostaniesz w glinie.

 

 

OSTRZEGAM WAS PRZED SOBĄ

 

Czas pogardy - jak wiemy - może się powtórzyć,

wtedy zdradzę na pewno. Przekonał mnie o tym

nie szczególny przypadek podłości lub strachu,

lecz mój dentysta

borujący wytrwale

w zepsutym zębie.

 

Nieoswojony z bólem, niewprawny w odwadze

nie przeżyłem spartańskiej zaprawy w cierpieniu.

Umiem być ogrodnikiem, nie bardzo żołnierzem

obdzieranym ze skóry.

 

W ogrodzie śmierci w Oświęcimiu

jest w muzealnej sali

kącik tamponów.

 

W czułe miejsce kobiety, które się otwiera

na radość pożądania zakładano

watę nasycona benzyną. Podpalano.

Słyszę

ich krzyk zagłuszający sumienie.

 

A mnie może wystarczy trzydzieści

srebrników sińców,

bo są w mich nerwach

nietknięte struny niedoznanych cierpień.

 

Modlę się, aby

nie nadeszła próba.

 

Przyjaciele,

nie powierzajcie mi żadnych tajemnic.

 

 

ZASYPIANIE

 

Oddal od siebie

świat

Bo mury domu

nie są dość szczelne

wizja się przelewa

z gazet ekranów

poprzez ściany czaszki

i głos dobiega

morodowanych

na innych kontynentach

 

Po wyłączeniu

wizji głosu światła

sprawdzeniu gazu

czy się nie ulatnia

warkot motoru

przez nieszczelność szyb

Oddal od siebie

świat

zostaw na potem

 

A tutaj się włączają

zdalnie sterowane

nie załatwione sprawy

Brzęk tramwaju

Gdzie to ja nie zdążyłem

pojechać

Pigułka

nie wyczaruje snu

 

Pozostaje

zwinąć się w kłębek pod kołdrą

i liczyć

całe łagodne staroświeckie stado

Jeden baran

drugi baran

trzeci ten baran z urzędu

niby to ważna figura

a złatwić trzeba

 

Cztery barany

pięć baranów

sześć

Oddal od siebie

świa

zostaw na potem

 

 

PRZYGOTOWANIE

 

Zawsze podziwiam

ten wysiłek drewna

aby się stać twoją twarzą

 

Liście w słońcu

korzenie w deszczu

pień wyrzeźbiony w ziemi

 

Wyrzeźbiła się z pęknięć żywica

na wiatrołomie

drwal odrąbał kłodę od lasu

i już gotowość drewna

 

A jakich jeszcze pęknięć

jakich potknięć trzeba

abyś zgubiła resztę

zielonego liścia

co błądzi w oczach

z zapatrzenie w las

 

Aby przychylność drzewa

i przychylna twarz

wdrewnowstąpienie

 

 

ŻYCIORYS

 

Baczyński

brylantowy pocisk

nie miał prawa

iść dobrowolnie

do podziemnej armii

jak gdyby sobie w trzewia

wkręcał zapalnik

gdy na skrzydłach dymu

odleciała Warszawa

być tylko piórem tego skrzydła

które

nie dało jej innego kierunku

 

Pojedynczy karabin

cóż stąd

że najlotniejszą myślą ładowany

kiedy brakło pocisków

nawet w zamierzchłych czasach drugiej wojny

nie decydował

 

Baczyński skradł nam kilkanaście kart

swojego życiorysu

nie zdążył

zweryfikować sumienia

odejść od Barbary

wszak tyle

miałby do tego okazji

ów rycerz

nienawykły do podjazdów kawiarni

 

Baczyński

pocisk

nie dość skuteczny

gdyby ocalał

czybyśmy mu wtedy

 

Uwierzyli

 

 

OBRĘCZ

 

W kościele Św. Marcina w Warszawie
znajduje  się wpółspalony podczas
powstania 1944 r. krucyfiks.
Spaloną część ciała Chrystusa uzupełniono
żelazną  obręczą.

 

Rozpamiętuję pięć ran w drewnie:

z jednego gwoździa nóg dwie rany,

ciało rozwarte na kształt krzyża

i krzyż gwoździami stygmowany.

 

Rozpamiętuję spokój dni

cierpiących w owym drzewie

i gwoździe, co po Pańskiej krwi

nie będą więcej rdzewieć.

 

Rozpamiętuję Boży ból,

kiedy się mur świątyni walił

i kiedy w Boga – seria kul-

jeszcze to drewno rozstrzelali.

 

Po co zabijać, co już zmarło,

te rysy całkiem udrwnione,

aż po złamaną w drzewie kość

wgryzał się w Boże próchno płomień.

 

Jakby to drewno jeszcze dość

na całą wieczność nie cierpiało,

rozpamiętuję wpółspalone

nienasycone cierpień ciało.

 

By nie zwęglona resztka drwa

wpół krzyża tylko nie zawisła,

zwęglony sztukowany brzuch

żelazna w Boże kształty listwa.

 

Może się tlić i drewna pół,

gdy jeszcze zdarzy się pożoga

i tylko runie z krzyża w dół

żelazna obręcz zamiast Boga.

 

 

METAMORFOZY

 

Ze wszystkich filozofii mitów i religii

najchętniej bym uwierzył

w zwulgaryzowaną

wersję legendy o wędrówce dusz

 

Widzę w tym sprawiedliwość

z pewną możliwością

zbawienia

 

Więc ewolucja w dół

co z moich przywar

karze stawać się małpą

z małpy świnią

z przezornej świni awansować

na przykład w lisa

Przechytrzyć się

w człowieka tak małego

że opada

w ziarnko piasku lub trawę

i na pożytek bydlęciu

zakwita

 

Stąd ewolucja w górę

na szczyty człowieczeństwa

stawałbym się

artystą politykiem profesorem

przezornie unikając zboczeń

które mogą

uczynić z profesora

komputer

z artysty

maskę

z polityka

kameleona

 

W kolejnym wcieleniu

stałbym się władcą

zdolnym powstrzymać wodór

od rozpadu

 

Skoro tak czy owak

jest we mnie taka lotność

że mogę się stać

obłokiem

 

 

MODERNIZACJA ARMII

 

Na peryferiach dwudziestego wieku

stoi muzeum szlachetności

 

Obok

odbywają się wielkie manewry

i wprowadza w życie moje plany

Senior bliski śmierci i obłędu

na wiatraku niegdyś krzyżowany.

 

Przybywają niedobitki epok,

Tak jak przegryźli się przez czas:

rewia mody umarłych pokoleń.

 

Zardzewiałe zbroje.

I tarcze –

pokrywy kotłów.

Kopie, którym ostrza

pożarła rdza.

Tyki chmielowe

obok demobilu

z ostatnich wojen.

Radar i rakiety.

 

Prawdziwa armia.

Bo zamiast medali

nosi się gruzy.

Teraz pasowanie

nowych rzeczy, kto rym własne szczęście

niepotrzebne jak zdrowy rozsądek..

 

Senior odbiera zbroje.

I tarcze –

Kopie, którym ostrza

pożarła rdza.

Tyki chmielowe,

Obok demobilu

z ostatnich wojen.

Radar i rakiety.

 

Prawdziwa armia.

Bo zamiast medali

nosi się gruzy.

Teraz pasowanie

nowych rzeczy, którym własne szczęście

niepotrzebne jak zdrowy rozsądek.

 

Senior odbiera

Zbroje i proce. Bomby atomowe.

Tyki chmielowe. Automaty. Tarcze.

Kopie. Miecze. Szyszaki

i

garnki miski parasole…

Broń nieskuteczna.

Spory kopiec złomu.

 

Słudzy zostają wyłączeni z armii:

mają się uczyć rzemiosła lub fachu

w przemyśle albo na budowie.

 

A który zdołał przeprowadzić osła

poprzez stulecia

może orać rolę.

 

A któż panom będzie ważył jadło?

Kto im pozbiera kości i nastawi

grzbiety pod wspólne razy:

tyle wieków razem noga w nogę.

 

Obecność sługi przekreśla samotność,

zatem rycerze nie byliby wprawni

we współczesności.

 

Uzbrojenie

niech będzie w chytrym przekrzywieniu twarzy.

W skrytym uśmiechu.

Wiem swoje.

W milczeniu.

 

To męczarnia

dla poczciwców, którzy nie umieją

zdradzić i siebie:

Uczyć się języka

wieloznacznego.

I szukać wśród znaczeń

tych co zapewniają równowagę światła,

gdy rozrastają się trudne wiatraki.

 

 

CYROGRAF

 

Paktuję z diabłem. To już obowiązek,

skoro włożyłem kostium dyplomaty.

Mogę się przenieść do lepszego piekła.

Sprzedaję duszę. Co prawda na raty.

 

Bardziej wygodną daje beczkę smoły

i udogodnień kilka – do tej pory.

Mógłby mnie zresztą za gotówkę kupić,

ale obydwaj dbamy o pozory.

 

Książę ciemności. Ministrze Hadesu,

nim złożę podpis pod twoim układem,

załatw mi w swoim piekle znajomości;

wieczność to przecież możliwy przypadek.

 

 

SŁOWIKI

 

Sądzicie że ludożercy

zgrzytają zębami

szukając kogo by pożreć

 

W ich społeczeństwie

wielu jest chętnych do słuchania

egzotycznych słowików

 

Wojownicy

przyjaźnią się w czasie wypraw

gotowi

nadstawiać karku ginąć

jeden za drugiego

 

Chłopcy tęsknią do dziewcząt

przynoszą im kwiaty

a  jeśli tu i ówdzie nie odkryto jeszcze

jak przydatne są kwiaty do oszukiwania

to owoc kokosowy lub papuzie pióro

ewentualnie kawał polędwicy

przyprawiony lirycznym monologiem

 

W spożywaniu

poległych przeciwników

jest ideologia

obowiązek dzielności

religia

przyjmowanie na siebie przymiotów

obgryzanego

nie prymitywne zasycanie głodu

na owych ucztach

nie jada się do syta

 

Istnieje tam muzyka i literatura

a w szarlataństwie czarowników

początki Wiedzy obok zabobonu

ich kodeks moralny

jest może prymitywny

ale przestrzegany

z niespotykaną w Europie precyzją

 

Poziom życia materialnego

wyróżnia ludożerców wielekroć korzystnie

wśród okolicznych plemion

 

W zakładaniu masek

jest kunszt który się dotąd

rozwija

 

 

OBRONA TYRANA

 

Nienawiść do tyranów

ma coś z fanatyzmu

niej jest godna

myślącego człowieka

 

W życiorysach tyranów

są piękne momenty

pomoc staruszce

zbudowany szpital

 

Słabość do dzieci

zwłaszcza na portretach

jest wiarygodna

 

Niewymuszone oklaski

smakują wyborniej

 

Oni są postawieni

na szczytach piramid

z których zejść nie potrafią

nie mają odwagi

I gdzie by zresztą mogli schodzić

skoro

podstaw z wierzchołka nie widać

 

W początkowym okresie

niemal każdy kacyk

próbuje jakichś reform

doskonali system

 

Trudno sobie wyobrazić władcę

który by nie próbował

łagodnej perswazji

wobec krzykliwych głodomorów

żyjących nawet wiele wiele lepiej

w sprawozdaniach dworaków

 

Tylko ich upór zmusza do szukania

skutecznych metod

 

 

BALLADA MIĘSOŻERNA

 

Tak się składa

że jesteśmy

mięsożerni

choć z nożami

już nam nie do twarzy

więc pochwalam

śmierć antylop

na prerii

przerabianie jeleni

na zrazy

 

Całe mięso świata

stada bizonów

W naszych szczękach rozwartych

giną

Z myśliwymi

W imię dobra myśliwych

Pochwalono bądź wołowino

 

Ozdobiony

zjarzyniałą zielenią

Trzeba przyjąć

ów krwisty

jadłospis.

Szczęk zgłodniałych

nie oderwiemy

od obrośniętej kości.

 

Wyrywamy sobie

Łapiemy

W czujne sidła apetytu

każdy kąsek

Wygryzamy lotne mięso z powietrza

I to głębsze

w oceanach pływające

 

Wiem czym ową

Mięsożerność

przyprawić

Jakim sosem humanizmu

podlać

Może sztuczne

wymyślimy dla niej mięsa

aby była

człowiekopodobna

 

 

OCHRONA

 

Uczmy się od drapieżnych zwierząt

powściągać swoje apetyty.

Pasą się głodne antylopy

w pobliżu lwa. Gdy ten jest syty.

 

Kły drapieżników i pazury

dalej niż własny głód nie mierzą…

Po stokroć głodni wyobraźnią.

Uczmy się od drapieżnych zwierząt.

 

 

BAŚŃ SERDECZNA

 

By mi wyciąć spod żeber

przekrwawiony wrak

czekano cudzej śmierci,

tak już będzie, zanim

wymyślą coś lepszego:

pozbawiony wad

mechanizm plastikowy

lub może drewniany.

 

Oto gałąź wewnętrzna

przeszczepiona we mnie,

bym jeszcze owocował;

ślad cudzego życia -

jeśli w biurokratycznym

państwie mego ciała

zgodzą się z tym

księgowość

i tajna policja.

 

I noszę w sobie tamtą

niezupełną śmierć,

okruch zmarłej miłości

nie bardzo wiadomy.

A ten kawałek ciała -

niepotrzebna rzecz.

Można się na nim jeszcze

uczyć anatomii.

 

 

DO PRZYJACIELA

 

Znowu dzisiaj spotkałem

puste miejsce po tobie

 

Boję się wpaść w tę przepaść

i ostrożnie zaglądam

w głąb

 

Roztrwoniłeś starannie

wszystkie ozdobniki

prezentowane z dumą

może dla reklamy

 

Co widzę nigdy

cię nie było

 

 

MAK

 

Oto sumienie

podkute żelazem

zyskuje twardość

podeszwy zdobywców

 

W karierze

rozciągliwe

jak z gumy

 

Pozłacane powodzeniem

Nieruchomieje

z nadmiaru sadła

 

W skurczu strachu

maleńkie

ziarnko maku

 

A w bezradności

nawóz

 

Co z tego wyniknie

w sprzyjających okolicznościach

 

Pielęgnować w sobie

żałosny obowiązek czystego sumienia

który przeszkadza

w działaniu

 

 

ROZCZAROWANIE

 

Duszyczko moja

wywiedziona w krzaki

Zaprzestań szlochów

 

Twój zgrabny kuperek

twoje proste nóżki

to była okazja

dla brutala zwanego Przypadkiem

 

Jakże lubiesz się sobie

podobać w rozpaczy

jak bardzo się skazujesz

na utratę wiary

 

A tu inni czekają

chorzy z samotności

być może godni twoich

cielęcych uniesień

 

Rozglądnij się

 

Nikt ci nie odbierze

porcji

rozkoszneg złudzenia

 

 

POLIGONY B

 

W laboratoriach dwudziestego wieku

tresuje się bakterie

taka armia

tak liczna że się ją określa

z dokładnością do kilku kwadrylionów

na poligonach pod mikroskopami

prezentuje karne szeregi

 

Chemiczny tor przeszkód

Uodpornia

na wszystkie

jadowite

ludzkie

zastrzyki

(czuwają nad tym

bardzo wybitni lekarze)

 

Wystarczy kilka doborowych

desantów według specjalności

na jelita mózg lub genitalia

skupionych nieprzyjaciół

by oddać ich dorobek

w pożądane

ręce

 

Już dzisiaj można mikroby

ukierunkować przeciw czarnym

albo czerwonym

 

Naukowcy próbują nawet

nauczyć je odróżniania

swoich

od nieprzyjaciół

 

 

PRZYJĘCIE

 

Ziemio łagodna

która nam pozwalasz

grzebać w twoich bebechach

zrywać z ciebie skórę

 

I szukać w tobie możliwych

Wybuchów

przy których stygną wulkany

 

Przyjmujemy ciebie

na swoje karki

 

Ogrodzie

nie dość uprawiany

 

Zatruty przez nas

oceanie

 

A jakie będą

przyszłe pokolenia

 

Będą odporne

na promieniowanie

 

 

KIEPSKI FACHOWIEC Z DUSZĄ NA RAMIENIU

 

Handluję Tobą. Ojczyzno kaleka.

Zamawiam w gusłach. Każdą twoją ranę.

Płacę za mowę. Za tę deklarację.

Słowa o Tobie.

Wszystkie.

Podejrzane.

 

Odfajkujemy. Weźmiemy pieniądze.

Wchodzę w układy. Kadzę silniejszemu.

Niechby się wszyscy plątali jak ja.

Kiepski fachowiec z duszą na ramieniu.

 

Handluję Tobą. I patrzę na palce.

Słowa o Tobie. Czeki bez pokrycia.

Brygada remontowa.

Ratuj się kto może.

Afera budowlana.

Mała Targowica.

 

 

SPRAWA

 

Od kiedy wierzę, że jestem sprawą,

jestem jak Piłat. Zdążę ręce umyć.

Co to jest prawda. Nie staram się pojąć,

ale wiem, że ma konsystencję gumy.

 

W którym to miejscu sprawa, której służę

tak się wmotała w siatkę moich planów,

że odtąd wszystko polega już tylko

na oświetlaniu i na naciąganiu.

 

 

SZKLANE DOMY

 

Te Żeromskiego

pomieszczenia w słońcu

zbyt są reklamowane

w wielu przewodnikach

turystów

 

Mieszkać w nich

to zupełnie inna sprawa

tak jak z piękną kobietą

żyć czasem niesposób

 

Wentylacja tam padła

a kaloryfery zimą nie grzeją

 

Przezroczystość ścian

nie pozwala na żadną

intymność

trzeba się zasłaniać

parawanem

przy byle pocałunku

chyba że nam mróz

namaluje na szybach

wizje

lepszego świata

 

 

BRUZDY

 

Przesadzono mnie spod strzechy

prosto w kamień

mur mnir objął

czterema ścianami domu piątą ścianą kamiennej ulicy

 

 

Teraz pójdę

szczelinami ziemi

na jej kamienn

głębokie oranie

Nie zasiewam ognia

(by dać czarne ziarno

młynom nowoczesności)

 

Na kamieniozbiory

w głębokim urobisku

 

Tu nawet maszyna

nazywa się tak samo

jak przy żniwach

kombajn

 

Zawsze bruzdy

orałem nieco głębiej

niż moi sąsiedzi

tak ziemia pociągnęła mnie

w głąb

 

KOPALNIA WĘGLA KAMENNEGO

"Moszczenica"

PRZYJMIE DO PRACY POD ZIEMIĄ

każdą ilość pracowników

KWALIFIKOWANYCH I NIEWYKWALIFIKOWANYCH

 

 

ROZDZIAŁ

 

Można było przerzucić nieomal

kamieniem

przeoczyć to miasteczko

w spisie telefonów sprzed kilkunastu la

 

W nowej księdze

błądzę wśród instytucji

adresów i ulic

 

i widzę start miasteczka

jak się wyrywa

z ukołysania

rytmem kilku wieków

*

Powiązać to miasteczko

niby węzeł ziemi

z oddechem ojcowizny

 

Liniami wysokiego napięcia

żelaznymi wiązaniami szyn

 

Zbliżyć drog

wmurować jak cegłę

pomiędzy inne miasta

 

Przeczesać statystyką

 

Ukierunkować

stosami pism do których

poczta się rozrasta

i dzwonią telefony

w portach i w Warszawie

 

W czasie czarnej gorączki złota

kiedy ludzie związani z miastem

odbierają ziemi

jej czerń

 

obłaskawiają

na światło dzienne

na światłość tynków

na elektryczną iskrę

nowego niepokoju

 

 

KATASTROFA W KOPALNI

 

Jedna jest ciemność na ziemi,

jedna jest ciemność - w południe.

Zawaliło się słońce - w przepaść:

Rozbitkowie na wyspie bezludnej.

Rozbitkowie we wnętrzu ziemi

oszczędzają okruchy powietrza,

rozbitkowie - więźniowie ciemności

ciężar stropu dźwigają na plecach.

 

Jedna jest ciemność na ziemi,

jedna jest ciemność. Dwie doby

zatrzymani dokoła szybu.

Dookoła śmierci. W pół drogi.

Zawstydzimy się kęsa strawy,

gdy na dole chleba zabrakło:

Zjednoczymy się w tej ciemności,

albo jedno zawiruje nam światło.

 

 

ŻBIKI NA CMENTARZU

 

W ogromnym mieście cmentarz jest także ogromny,

stary jak przywiązanie do cegieł i głazów;

nad arterie grobowców nad aleje krzyży

cmentarz rozrósł się w puszczę. Żbiki na cmentarzu.

 

Wśród bloków tratujących sady peryferii,

wśród ulic skamieniałych gdy ruchu za wiele,

wśród zadławionych spalin, korkujących oddech,

śmierć trzyma się spokojnie i obrasta w zieleń.

 

Gdzie prócz grabarzy trzeba także i leśnika,

gdzie historia i pycha w jednej glebie leży,

jest rezerwat zieleni jedynie zadbanej,

cmentarz drzew, ludzi, kwiatów, trawy i poezji.

 

A z jakich rezerwatów, jakimi ścieżkami

zabłądziły tu żbiki i czy się od razu

oswoiły z tym lasem nagrobków i krzyży

w śródmiejskim mateczniku. Żbiki na cmentarzu.

 

A jakie mezalianse z kotkami przedmieścia,

a jakie urządzają tutaj polowania

na cmentarne wiewiórki, na synogarlice.

Jest w tym nadzieja świata na przystosowanie.

 

Nieraz gdy garstka krewnych kogoś odprowadza

i nie zna dla boleści właściwych wyrazów,

zaczają się na duszę a słowa modlitwy

przyjmą na swoją chwałę. Żbiki na cmentarzu.

 

Tylko w czas Święta Zmarłych, kiedy ruch i światło,

Ludzkie mrowie zalewa rezerwat cmentarny.

Ukrywają się żbiki wysoko, głęboko

w tej oazie spokoju. Tylko dla umarłych.

 

Lew salonowy zmarły w ubiegłym stuleciu,

wprószony kośćmi w ziemię. Przebudzony gwarem,

by jeszcze jakiś udział mieć w uciechach świata

mogiłę swoją oddał żbikom na pieczarę.

 

Kiedy człowiek współczesny znuży się pośpiechem.

Cmentarne miasto w mieście. Gdzie żbik ostrzy pazur.

Gdzie w nocy straszą duchy. Nie boją się duchów,

a tylko żywych ludzi. Żbiki na cmentarzu.

 

 

POWRÓT Z MIASTA

 

Stary człowiek. Bochenek chleba.

Spod roboczej kufajki wychodzący.

Od tego chleba każdy nóż

uczy się łagodności.

 

Człowiek wozi do miasta

swój dojrzały wiek.

Od jego popękanych

rąk przerośniętych ziemią

nie pobrudzi się chleb.

 

Stary człowiek dochodzi pod dom.

Bochen chleba w jego rękach

rośnie.

Gdy drzwi domu się otwierają

chleb się także

otwiera na oścież.

 

 

ZIARNO

 

- Co robisz?

- Błądzę.

 

A jest to zajęcie

godne człowieka

w wielologiczności

każdego czasu.

 

Oswajam bodaj jedną

z labiryntów dróg,

rzucając ziarno

po obu jej stronach.

 

- Czy nie pamiętasz

rozdeptanych ziaren?

 

- Poza pamięcią

jest jeszcze nadzieja.

 

 

BAŚŃ KAMIENNA

 

Jakie ptaki noc jeszcze

rozgarniają skrzydłami:

w ludzkich oczach by trzeba

poszukiwać im gniazd,

kiedy słychać w powietrzu

cwałujące zegary,

kiedy z liści na wietrze

ześlizguje się czas.

 

Co z trzepotu ich skrzydeł

ocalone zostanie,

jaką można sekundę

trzymać w ręce jak liść:

moment kiedy się serce

tak zawzięło na kamień,

aż się kamień poruszył,

popróbawał jak bić.

 

 

LIRYKA KONKRETNA

 

DYSPUTA ŚREDNIOWIECZNA

 

Wąsko pojęta, modna odkrywczości…

Pisząc o niczym też można się spocić:

budować wiersze choćby na zasadzie

sprzeczności między głoską a literą

i z pojedynczej głoski dobyć warstwy znaczeń,

jak to już zrobił Herbert z krzyczącym Marsjaszem

i jedną głoską a.

Tyle że Mesjasz obdarty ze skóry

miał dość poważne powody by krzyczeć…

 

…A w znaczeniach znajdziemy znaczenia ukryte,

rozłożymy na proszek elementy liter

i w którą by się jeszcze archetypnąć stronę,

by nasze bełkotanie było zaliczone…

 

Stąd poetyckie berło – średniowieczna szpilka:

Ile diabłów się zmieści na końcu przecinka?

 

 

LEKCJA SARTARE’A

 

To seminarium sprzed lat – Profesorze –

trwa czasem we mnie. Już go nie odmienię:

Nie zrozumiałem i nie chcę zrozumieć,

chociaż w indeksie mam już zaliczenie.

 

- Wyjść poza siebie. Poza swoją szarość.

Nie dość jest spełniać swoje obowiązki.

Można coś więcej…Pisać lub malować…

- Pisze się książki, jak się pisze książki.

 

Było to veto. I była w tym śmieszność

nie mającego debiutu wyrostka.

Do dzisiaj słyszę Dunkę-referentkę,

powtarza tezy. A problem pozostał.

 

Więc jak popatrzeć na to swoje JA.

Nie wyjdę z siebie i nie stanę obok.

Wystarczający.

Jak najmniejsi ludzie.

Kiedy solodnie staram się być sobą.

 

Owej pokory nauczył mnie szewc.

Co w zestawieniu ze mną górą jeszcze:

On całe życie robi DOBRE buty,

ja -  do tej pory - piszę liche wiersze.

 

Zapewne powinienem poświęcić ten wiersz Profesorowi,
a może Profesorowi i Uczestnikom seminarium.
Nie mogę tego jednak zrobić i nie jest to niewdzięczność,
ale zasada: zwyczaj dedykowania wierszy Możnym na Parnasie
nie wydaje mi się sympatyczny.

 

 

OCZEKIWANIE

 

Nic się nie stanie.

Nikt nie może przyjść.

To tylko zadra,

która we mnie tkwi.

Oczekiwanie

dzieli się na kroki.

Oczekiwanie

od okna do drzwi.

 

A to dlatego,

że ty na mnie czekasz.

Też w samotności,

w zardzewiałej bramie.

W czterech zamkniętych

ścianach wyobraźni.

Cień się rozrasta

na kalekiej ścianie.

 

Oczekiwanie:

naiwność rozpaczy,

leniwość serca

w rytm samouderzeń.

Drogi do ciebie

nikt mi nie podpowie

Iść cię oswoić

jak drapieżne zwierzę.

 

 

PŁASZCZ

 

Tak krwiec kraje

jak materii staje

 

jak można z tego

wykroić pointę

 

banał ponownie

 

wszelako ten krawiec

uszył zimowy płaszcz

dla pewnej ciotki

wykroił chytrze

z kusego kuponu

 

błogosławione

ręce watoliną

 

tyle zmartwienia

że może nie starczyć

 

tyle zabiegów

godzin nadliczbowych

co zdobywane

z coraz większym trudem

 

aby w okresie

kryzysu idei

jakoś wykroić

ciepły podarunek

 

Jedyność tego płaszcza

jest niezaprzeczalana

 

 

TRADYCJA

 

Żal mi cię przyjacielu sprzed trzech tysiącleci,

nie spotkamy się nigdy w wielkiej bibliotece.

Z nieśmiertelności twojej, mocno zakurzonej,

ściągnąłbym jedno zdanie, na którejś tam stronie,

które może ocalić świat. Nikt dzisiaj nie ma

takich recept, lecz tyś już nabrał doświadczenia.

Ale się nie spotkamy, chyba jakimś cudem,

a tak widzisz i ja mam swój własny ogródek

uprawiany z rzetelnym pośpiechem.

 

 

POLEMIKA

 

Przesłanie:
bardzo długo rozkładano ręce
Tymoteusz Karpowicz „Rozkład jazdy”

 

„Rozłożono jazdę na konie i ludzi”.

Dowódca

zapiał

zadławił się przekleństwem

 

- Rozwalili mi szwadron.

 

Nikt nie miał czasu

w tym rozkładzie jazdy

rozkładać ręce i słowa.

Trzeba było poskładać do kupy, na nosze

rannych,

jeśli tam który jeszcze dyszał

albo

pogrzebać nieboszczyków.

 

 

RECEPTA

 

Reformę świata

zaczynać od siebie

a który reformator

zgodzi się na to

 

Więc stąd się biorą

gotowe recepty

które dla innych

będą się nadawać

i podziwiają

własne hipotezy

reformatorzy

na specjalnych prawach

 

Czemu niby inaczej

Bo skoro nie grozi

piekło po śmierci

i kara na ziemi

 

A ludzie milczą

mrugają na siebie

na palce Złotoustych

zapatrzeni

 

 

GRZYBY

 

Cóż to jest pokolenie. Czym się ono je.

Dwóch znajomych czy czterech utworzy kolegium.

Niby grzyby po deszczu rosną pokolenia,

wprowadzane na łamy przez garstki strategów.

 

Dlaczego zdolny, zdrowy, przeciętny kabotyn,

o którego istnieniu świadczą kociokwiki,

nie bywa zwykle wierny kochance lub żonie,

ale za nic nie zdradzi własnej poetyki?

 

Skoro bunt przejmujemy w spadku po pradziadku,

a jak walczyć z tradycją uczymy się w szkole.

można jedynie ubić prywatny interes

na mnożeniu założeń i liczbie pokoleń.

 

 

INSTYNKT

 

Wracało kiedyś stado poetników

jakiegoś zjazdu. Wypchany autobus

prychał jak Pegaz. Siedziałem w kąciku,

a muz wybrańcy rozmawiali tak:

 

Jak sympatyczny jest redaktor Iks.

Niestety chyba będzie musiał odejść.

Zet też przyjemny. (Obiecał drukować.)

 

Jan Kalasanty Bełkociński wydał

przepiękny arkusz. Będę miał trzy wiersze

w ”Głosie Olimpu”. Ja będę miał cztery.

(Ach ten redaktor to człowiek genialny.)

 

Wydaję tomik. Ipsylon to Świna.

(Nie chciał mi wydać.) Ja wydam. On wyda.

Oni drukują. Tam są możliwości.

Almanach. Arkusz. I wieczór autorski.

 

Odfrunął pejzaż zza okna.

Nie było:

Chorych rodziców.

Bomby wodorowej.

Sumienia. Gwałtów.

Kosmosu. Kochanek.

Rozpaczy. Światła.

I cybernetyki.

Nauki. Pracy.

Boga. I szatana.

Na oceanach.

I na piramidach.

Z całego świata:

Ja wydam,

On wyda.

 

 

WE WŁASNYM SOSIE

 

Pisanie o malarzach

malowanie muzyki

rzeźbienie melodii w słowach

wiersze o aktorach

dramaty o poetach

 

Może tak nie było

dawniej

może za lat pięćdziesiąt

 

Dziś

kiedy piszę ten wiersz

o pisaniu

przyłączam się posłusznie

do chóru

 

 

MÓWIENIE

 

Od dawna stoję już po stronie

tych, którzy nie czytają wierszy.

Tylko zbudować do nich most

tak niemożliwy jak konieczny.

 

A to jest tylko pierwsze przęsło,

a to jest cała przyszłość słowa,

by zapełnili czasem czas

wśród wielu niecierpliwych spraw

śladami po nas:

po niemowach

 

 

NIESAMODZIELNOŚĆ

 

Teoria laski.

Czymże się podeprzesz.

Żywiąc się tylko słowem,

lżejszym niż powietrze,

Poezjo kulejąca.

I zajęta sobą.

Uczep się brzucha świata.

Bądź więcej niż słowo.

Bądź porywem ku życiu.

Dla ludzi pomocna.

Zostań choćby dziewczyną

o naiwnych oczach

dla złudzeń marzycieli.

Na pożytek chętnych.

Bądź sloganem.

Bądź wpisem

w naiwny pamiętnik.

Częścią maszyny

albo jej instrukcją.

Chlebem.

Czystym powietrzem.

Gdy lądy się kurczą.

Mnemotechniką

nudnych reguł

albo wzorów.

Wobec historii

poczuciem humoru.

psem prowadzącym

ślepego na smyczy.

I gardłem krzyku,

gdy sumienie krzyczy.

Wobec słów menagerów

patrzeniem na ręce.

Urodą świata

musisz

znaleźć się w piosence.

Przyjdź do ludzi samotnych,

którzy nazbyt milczą.

Bądź im dziewką służebną

albo i uliczną.

Milczenie nie dość śmiałych

ogrzej iskrą wzruszeń.

Zostań przy ciężkiej orce.

W tłoku.

W autobusie.

Bądź przy porodach.

Możesz

zaglądać do garnków.

Ułóż słowa do zgody

skłóconych kochanków.

Bądź oswajaniem świata.

Gdy nadziei nie ma.

Zastąp ją.

Niby kuglarz.

Bądź światłem myślenia.

A w morzu informacji,

które nas zalewa,

bądź ziarnem prawdy,

wyspą

kiełkującą z niego.

 

Komputerem cię szukać.

Młotem w rękę dostać.

W świat Sztuki

z tobą

nową przynieść rzecz:

Godność Rzemiosła.

 

 

LITANIA DO ZWYCZAJNEJ CEGŁY

 

Sześcianie ziemi,

skibo błota

w piekle cegielni

wypalona.

Domie potrzebny,

siostro bruku

łzami zacieków

malowana.

O, doświadczona

na czerwono,

katedro moja

potencjalna…

Wniebowstąpienie

błota w tobie,

nadziei klocek…

Przy  budowie.

Kształt  nowych domów

przeczuwany.

Ostatnia desko

barykady.

Zwierciadło wojny,

ludzkich losów

i przestrzeń

oswojona ciepłem.

Możesz być bronią

albo tarczą

i moją ścianą,

i oparciem.

 

Z gniazdem jaskółki

spokrewniona,

najrozsądniejsza

glino moja.

 

 

HADES

 

Panowie

piekła nie starcza na ziemi.

Panowie

piekło zbliża się do końca!

A jakie nowe

piekła wymyślimy

w jakich podświadomościach.

 

Ile ryb można łowić

w trochę mętnej wodzie,

jakimi skłonnościami

NIEZNANE zaludniać?

Współczesny Hades

człowiek

na miejscu szatana.

Piekło:

stara kopalnia,

wyczerpana studnia.

 

 

OCZYSZCZALNIA ŚCIEKÓW

 

Tu zaduch tanich kuchni, zepsute powietrze,

genitalia i nerki zmielone na lepsze,

promieniotwórcze ślady chorób popromiennych,

brudne opakowania rzucane na śmietnik,

zawartość rur i ścieków obgryzione kości,

ślady pijackich orgii i kupnej miłości,

wielkie hałdy odpadków i wody fabryczne

rozdrabniamy w basenach, w tłoczni mechanicznej

i mieszamy tę papkę w paszczach automatów

przemieloną chemicznie na pożytek światu.

 

Tutaj nic się nie może zmarnować…

Panowie! Oto jedna szansa, co otwiera drogę

postępu!

Gęste rzeki poza metropolią

ileż mają witamin!

Rozmydlone w pianę

zwrócą nam:

leki,

mleko w proszku dla niemowląt,

nawozy sztuczne,

materiały budowlane i

wielkie pojemniki z rześką

coca-colą!

 

 

TRAMPOLINA

 

Wykreślam słowo

śmierć.

Odchodzę

od ciebie, śmierci,

w miejsce gdzie jesteś

niepotrzebna:

choćby w piosenkę,

wiersz dla dzieci.

 

Niech mi uwierzą

i bez ciebie,

nie chcę ci nowych

świadectw pisać.

Ty będziesz moją

trampoliną,

gdy chcę się odbić

w stronę życia.

 

Którzy walczyli

przeciw tobie

z bronią,

w szpitalach,

po więzieniach,

wstydzili się

najmniejszej łzy

i niepotrzebne im

skomlenia.

 

Że niby

niecierpliwy czas

ciebie na koniec

musi przynieść.

Czemu to, śmierci,

liche życie

usprawiedliwiać

w twoje imię?

 

Śmierci,

suflerko

łatwej sławy,

fałszywy świadku głębin,

śmierci.

 

Pragnę zastąpić

słowo śmierć

słowem,

co pełniej nas określi.

 

 

JEDNOŚĆ

 

Oto otwarcie się na świat,

co sprawia,

że nie kłamią wiersze.

Kobieta idzie,

patrzę na nią:

samica czuła na powietrze.

 

Taka wyniosość,

że sie zdaje

białe obłoki biodrem muska.

Jest rozbieranie się w tym kroku.

A jaka piękna,

aż nieludzka.

 

Mam dla niej tylko

dociekliwość,

a ona pragnie

wzbudzać podziw.

A jak to ją zaskoczył świat,

że na sztuczności skrzydłachchodzi.

 

Teraz

buduję w sobie miecz

z pamięci mocno wyostrzonej

Próbuję coś ludzkiego

znaleźć

w tym zwierzęciu,

stanąć

po jego stronie.

 

 

KRES

 

Cóż jest rozdarcie?

Ból się przepoławia,

rośnie w dwa skrzydła.

 

Świadomość Ikara.

Nie próbuj leciec,

a ciesz się skrzydłami,

że można nimi

przymierzać powietrze.

 

 

ZBLIŻENIA

Hani

Jesteśmy dwa znaczenia

pomiędzy nami

droga

jest tym samym

co most

most

jest tym samym

co łódka

łódka

tym co samochód samolot

tym co radio telegraf telefon

tym samym

co list

list

składa się z wyrazów liter

które brukują na papierze drogę

słowa

są tym samym co gesty

tym co płaszcz

co buty na drogę

wędrowaniem ode mnie do ciebie

Poszukiwaniem

jesteśmy

tym samym

 

 

KARUZELA Z REFRENEM

 

Jak budowanie domu,

palenie ogniska,

jak nieznana zabawka,

której pragnie dziecko,

jak słońce,

jak na plaży rozlewanie światła:

zbuduję swoją radość

wesołe miasteczko.

 

Z rekwizytów,

staroci,

jak księżyc i gwiazdy

w zielonych sercach liści

przechowa się wieczność,

z naiwności dziewczyny

w pierwszym pocałunku

zbuduję dla was radość:

wesołe miasteczko.

 

Owa radość być

musi z dostępnej materii:

naciągam ja do świata

ku zatrutym miejscom

Zmęczenie mnie osacza.

Zmęczeniem zapłacę

za bilety,

zwiedzajcie

wesołe miasteczko.

 

Są w zakamarkach mózgu

miejsca jeszcze czułe,

planety ukrywane,

przytłumione śmiercią

i można z nich wysupłać

niejedną regułę

na ciepło i na radość:

wesołe miasteczko.

 

I ruszy karuzela,

liryczny remanent,

potrzebna jak krwioobieg,

jak przyszłość i przeszłość,

jak dookoła Słońca

karuzela planet

unosi ciężar świata

wesołe miasteczko.