Home O autorze Wiersz jest nad życie i nad śmierć

Józef Baran

 

Wiersz jest nad życie i nad śmierć*

 

Kiedy piszę te słowa - trudno mi dostosować się do formy czasu przeszłego: Był, żył, pracował u nas jako korektor, a później redaktor działu poezji, siedział przy sąsiednim biurku i odpisywał na listy tympl, którzy nadsyłali swoje próby poetyckie. Jakkolwiek wszyscy wiedzieliśmy od kilku lat o nękającej Go chorobie, to przecież niełatwo oswoić się ze śmiercią tak przedwczesną i - mimo wszystko - nagłą. Jeszcze kilka miesięcy temu miał nadzieję, że dramatyczna gra, którą prowadził z chorobą, zakończy się przynajmniej na pewien czas - Jego sukcesem.

Zresztą Wicek był raczej uosobieniem żywotności, człowiekiem mocno związanym z realnością dnia powszedniego. Angażował się z równą emocją w sprawy małe i duże, przeżywał z tym samym napięciem sukcesy, radości i porażki wtedy, gdy dotyczyły istotnych rzeczy i mało istotnych. Wykłócał się z sekretarzem redakcji o miejsce dla wierszy, prowadził bardzo ważne rozmowy z debiutantami, którzy nieśmiało przedkładali pierwsze utwory, dedykował naszym pociechom książeczki dla dzieci; gdy tylko się pojawiał - we wszystkich pomieszczeniach redakcyjnych słychać było Jego donośny głos. Nosił z sobą podręczną walizkę wypełnioną czekoladami i cukierkami, wydanymi ostatnio egzemplarzami książek i maszynopisami nowych wierszy.

Podejrzewam, że tyle samo serca wkładał w rozgrywki pingpongowe, które zorganizował w kręgu redakcyjnym w sezonie zimowym, co i w twórczość. Należał do ludzi wyjątkowo aktywnych, po dziecięcemu
pielęgnujących w sobie optymizm działania i niepoprawny idealizm. Na pewno te wszystkie Jego słabostki, swoista bezpośredniość, żarliwość, odmienny sposób myślenia i odczuwania, gotowość do natychmiastowego podnoszenia się z upadków, gdy tylko zaświecił jakiś nowy promyk nadziei - składały się na całokształt osobowości poetyckiej, a w chwilach krytycznych stanowiły tarczę ochronną przed czarnymi myślami, z którymi zapewne spotykał się wielokrotnie w przeciągu tych czterech lat zawieszonych między domem, szpitalem, wyjazdami do sanatoriów i kontaktami z redakcja i wydawnictwami.
Trzeba przy tym pamiętać jeszcze o jednym: był człowiekiem bardzo wrażliwym, a więc rozpiętym pomiędzy sprzecznymi uczuciami: tym większy podziw musiała wzbudzać Jego postawa w życiu i twórczości, samotna donkiszoteria przed obliczem wiatraków, które chciały rozpędzić za wszelką cenę Jego optymizm i wolę życia.

W ostatnich dwu miesiącach choroby nie chciał się już z nikim znajomym spotykać, poza żoną i córką. Przebywał w szpitalu, potem w domu, potem znowu w szpitalu. Zamykał się w pokoju. Złośliwe i niesprawiedliwe zrządzenie losu pogrążało Go coraz bardziej w ciemność, odcinając od życia, do którego tak się garnął, przecinając postronki, więzy i nitki, którymi tak mocno - wydawało się - przywiązany był do spraw wielkich i małych, zdarzeń błahych i ważnych, do krajobrazów, domu z żoną i córka, książek, kwiatów, wierszy, rozmów, snów... Zmarł wczesnym popołudniem 27 maja 1980 roku.
Ale przecież poeta umiera wielokrotnie. Najpierw odchodzi ciałem; pozostają wiersze. Śmierć jest dla nich tylko czarną ramką, zamykającą całokształt twórczości. Niektóre wiersze rodzą się martwe już za życia twórcy, inne czynią ostatnią posługę przy trumnie, a potem oddzielają, się od niej i żyją samodzielnym życiem w świecie ludzkiej myśli. Są powtarzane, recytowane, czasem zabłądzą do tej czy innej antologii.

Trudno dzisiaj przewidywać na wyrost, które wiersze Wincentego Fabera przetrwają i jak długo. Bywa, że po śmierci autora utwory, zstępują do czyśćca, a potem odgrzebane zaczynają na nowo żyć w świadomości coraz to nowszych pokoleń. Nie ma takiego twórcy, który nie marzyłby w skrytości ducha o przetrwaniu swoich dzieł. Zamknął w nich przecież swoją cząstkę życia.
Na pewno myślał o tym i Faber, dlatego tak dużo pisał w ostatnich latach utworów zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Jasno i wyraźnie sprecyzował swój program, a może ciche marzenie w wierszu „Trampolina", wyjętym z przedostatniego wydanego za życia Poety tomu „Przyjmowanie":

Wykreślam słowo śmierć.
Odchodzę
od ciebie, śmierci,
W miejsce gdzie jesteś
niepotrzebna:
choćby w piosenkę,
wiersz dla dzieci.

Niech mi uwierzą
i bez ciebie,
nie chcę ci nowych
świadectw pisać.
Ty będziesz moją
trampoliną,
gdy chcę się odbić
w stronę życia.

Którzy walczyli
przeciw tobie
z bronią,
w szpitalach,
po więzieniach,
wstydzili się
najmniejszej łzy
i niepotrzebne im skomlenia.

Że niby niecierpliwy czas
ciebie na koniec
musi przynieść.
Czemu to, śmierci,
liche życie
usprawiedliwiać
w twoje imię?

Śmierci
suflerko łatwej sławy,
fałszywy świadku głębin,
śmierci.
Pragnę zastąpić słowo śmierć
słowem,
co pełniej nas określi.


Jeżeli takie było życzenie poety, który pragnął dawać nadzieję, pisać o życiu i służyć życiu - nie mówmy więcej o Faberze, który odszedł od nas, mówmy o poecie Faberze, który pozostał z nami. A pozostał m. in. w pięciu wydanych zbiorkach liryków („Próba porównania" - 1962, „Otwieranie liści" - 1964, „Rzeczowniki" - 1968, „Przyjmowanie" - 1974, „W cieniu ognia" - 1977) oraz w szóstym nieopublikowanym jeszcze, a złożonym do Wydawnictwa Literackiego ( „Jakiekolwiek zdarzenie").

Pozostał w kilkunastu tomikach dla dzieci. Tę twórczość traktował bowiem równie poważnie, jak i pisanie dla dorosłych. Cenił sobie bardzo spotkania z najmłodszymi, mówił, że poeta czuje się dziś najbardziej potrzebny właśnie wśród dzieci, reagujących zawsze szczerze i spontanicznie, z poklaskiem lub krytycznie. Przypomnijmy, że właśnie za twórczość dziecięcą otrzymał w roku 1979 nagrodę specjalną Beskidzkiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego.

Rok wcześniej, a więc w 1978, przyznana została poecie nagroda im. Andrzeja Bursy za liryki zawarte w tomie: „W cieniu ognia". Pisałem wtedy w omówieniu tych wierszy, że autor potrafi się cieszyć z rzeczy małych, w wierszach solidaryzuje się ze zwykłym, domowym szczęściem, nieefektownym na pozór i tak oswojonym, że aż niewidocznym. W tych wierszach pisanych już w okresie choroby stawał po stronie wartości wykpionych przez współczesnych cyników i ironistów. Przypominam jedno z ostatnich zdań omówienia:
„Na swój sposób postawa zaprezentowana przez Fabera zasługuje na miano odważnej i niekonwencjonalnej. W dzisiejszej dobie mamy bowiem więcej w literaturze burzycieli niż budowniczych. Przełamywanie konwencji - stało się konwencją obowiązującą. W takiej sytuacji głos poety, który broni starych i stałych wartości jest niekonwencjonalny."

W stosunkach z bliskimi i znajomymi był na pewno Wicek człowiekiem dużej uczciwości, czasami ostrożnym, ale zawsze lojalnym. Tę uczciwość zaobserwować można także w formie pisanych przez poetę wierszy. Są komunikatywne, sprawdzalne, w swojej uczciwości wypowiadania prawd jasnych i klarownych, posuwają się czasami do publicystycznej jednoznaczności i jaskrawości, o co miałem często do Wicka pretensję. Trudno jednak o całkowitą zgodę między dwoma poetami zajmującymi jedno pomieszczenie.

Czytelnicy „Wieści" wielokroć spotykali się z nazwiskiem poety na pierwszej stronie naszego tygodnika, gdyż publikował swoje króciutkie okolicznościowe czterowiersze wypełnione ludzkim ciepłem i życzliwością. Wspominam o tym mimochodem, wszak powstawały na marginesie właściwej twórczości. Podobnie jak felietony, czy teksty publicystyczne. Warto dodać, że był Faber autorem tekstów także kabaretowych i piosenkarskich. Jedna z Jego piosenek śpiewana przez Ewę Demarczyk („Jaki śmieszny jesteś pod oknem") cieszyła się w swoim czasie dużą popularnością.

Sam napisał kiedyś w wierszu poświęconym pamięci zmarłego przyjaciela:

Znowu dzisiaj spotkałem
puste miejsce po tobie

Boję się wpaść w tę przepaść
i ostrożnie zaglądam
w głąb...


Myślę, i że pod tymi słowami moglibyśmy się dzisiaj podpisać
wszyscy: przyjaciele i koledzy redakcyjni Zmarłego.

*Wieści 23/1980