Home O autorze Słowo serdeczne o poecie

Adam Włodek

 

Słowo serdeczne o poecie*

 

NIE BYLIŚMY PRZYJACIÓŁMI, chociaż mimo różnicy wieku mówiliśmy sobie po imieniu. Chociaż Wicek odwiedzał mnie w domu, nawet wcześniej zanim wstąpił do reaktywowanego w 1961 Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich w Krakowie, której to organizacji miałem przyjemność być wieloletnim opiekunem.

Nie byliśmy przyjaciółmi, ale też nie byliśmy - antagonistami. Dlatego też - zgodnie z inicjatywą Wydawnictwa i z sugestią pani Hanny Faberowej podjąłem się opracowania tej retrospektywnej edycji.

Utwierdziło mnie w tym tzw. niepodważalne alibi. Bo właśnie ja byłem w dwu wypadkach chronologicznie najpierwszym, a zarazem wielce entuzjastycznym, recenzentem publikacji książkowych Wicka.


2

WINCENTY FABER URODZIŁ SIĘ środowisku inteligenckim, 7 czerwca 1936 w Bielsku- Białej. Tutaj też w 1953 ukończył liceum ogólnokształcące. Już w szkole średniej podjął pierwsze próby wierszopisarskie. Wspominał po latach:”…Zawsze zamierzałem zostać poetą i ta choroba mi nie przeszła…”

Studia wyższe odbywa w Krakowie na wydziale filologii słowiańskiej UJ (magisterium za pracę o twórczości czeskiego poety Józefa Hory uzyskuje w 1960). W 1959 jest organizatorem Międzyuczelnianego Klubu Literackiego, z siedzibą w kawiarni „Żaczek” II Domu Studenckiego. Od tej nazwy wywodzi się miano późniejszej swego rodzaju grupy poetyckiej. W pierwszych imprezach brali oprócz Wicka najczęściej udział: Beata Szymańska, Mieczysław Czuma i Leszek Aleksander Moczulski, a także student medycyny Olgierd Smoleński, podówczas autor interesujących wierszy, a dzisiaj wybitny lekarz specjalista. Osobowość Fabera z tamtego okresu ukazują napisane specjalnie dla mnie wspomnienia jego najbliższego wtedy przyjaciela - L. A. Moczulskiego.:

„Wicek zawsze (studia, Koło Młodych) był ’trudny’ - my ‘łatwi’, my progresiści - on tradycjonalista, my przy winie - on przy szklance wody mineralnej. Ale wszędzie, zawsze - wśród nas. My indyferentni - on praktykujący katolik, my: papierosy i nocne Polaków rozmowy - on regularny sen, regularne posiłki i hantle, my zmienni -on: wyznający konsekwencję. (…) My szybcy i nerwowi - on powolny, bardzo powolny i wtedy dla nas symbol spokoju. My ‘znający życie’ - on ‘śmieszny’ My mieliśmy ‘poglądy’ - on zasady. My entuzjastyczni do każdego jak do brata - on, chociaż nierzadko entuzjastyczny, ale w gruncie rzeczy w dystansie. (…) My ‘artyści’ on ‘rzemieślnik’ (bardzo to określenie lubił). My czekający na olśnienie, on z notesikiem przy nas, na ulicy, w tramwaju, na wczasach, w lesie - zapisujący każdą metaforę lub nawet zwrot z czyjejś rozmowy. (…) Lubił tę swoją odmienność. Chyba ją nawet kochał. Bywało też, że się nią bawił. Na pewno przez nią cierpiał.(…) Nie ma naszej młodości bez Wicka, nie ma nikogo z nas - bez niego. Nie ma żadnego spotkania w Żaczku, w radiowęźle, gdzieś na mieście - bez niego. Nie ma MKL-u bez niego, teatrzyku piosenki UJ bez niego (…) On - nasze i przechodniów rozmowy, zdarzenia ulotne i trwałe, rzeczy drobne i duże - po swojemu zaklinał w wiersze i piosenki…”

Od inicjatyw artystycznych nie odżegnywał się Faber również później. Ale trzeba było też zatroszczyć się o środki do życia. Pracował w Krakowskim Domu Kultury, w szkolnictwie (jako bibliotekarz), czy wreszcie w tygodniku „Wieści” (1967-1977), gdzie - zaczynając od zajęć korektorskich - doszedł do funkcji redaktora działu kulturalnego. Pracy publicystycznej (podobnie jak czysto literackie) nie zarzucił nawet wtedy, gdy pogarszający się stan zdrowia zmusił go do zrezygnowania z redakcyjnego etatu. Na łamach różnych pism ogłaszał społeczno-obyczajowe felietony, sprawozdania z rozmaitych imprez, recenzje z książek, polemiki, wypowiedzi w ankietach i wywiadach.

W 1965 zawarł związek małżeński z ową sławioną przezeń przy wszystkich możliwych okazjach Hanią - a owocem tego związku stała się w rok później córka Mira, też niejednokrotnie w różnych publikacjach najtkliwiej przywoływana. Te doniosłe w jego biografii wydarzenia sprawiły, że Wicek stał się wręcz fanatycznym entuzjastą życia rodzinnego.


PRASOWY DEBIUT WINCENTEGO FABERA nastąpił na łamach harcerskiego pisemka „Na Przełaj” w czerwcu 1958, ale za debiut prawdziwy uważał poeta druk w „Życiu Literackim” (w grudniu 1959). Był to fragment utworu pt. Wolny przekład na leśne. Jak bardzo Wicek okazał się w związku z tym „pamiętliwy” świadczy choćby niezwyczajna dedykacja , którą umieścił w egzemplarzu „Otwieranie liści” - pierwszego swojego samodzielnego tomiku -ofiarowując go Wisławie Szymborskiej, ówczesnej redaktorce działu poezji wspomnianego tygodnika, która ten prawdziwy start czasopiśmienny spowodowała. Dedykacja zawiera m.in. uroczy czterowiersz, który już wtedy, gdy miałem sposobność na bieżąco się z nim zapoznać, zapadł mi natychmiast w pamięć.

Choćbym był szychą i zwiał do Warszawy
Lub straszył z kart podręczników
Będę szedł zawsze do Pani Wisławy
Z kopertą pierwszych wierszyków


Jego wiersze liryczne publikowane były (i to dość często) w blisko trzydziestu czasopismach periodycznych i codziennych, a także w radiu i telewizji. Znajdziemy je w kilkunastu almanachach i antologiach. Wydane zostały za jego życia w tomikach: Próba Porównania 1962 wespół z Beatą Szymańską, Mieczysławem Czumą i Leszkiem Aleksandrem Moczulskim, Otwieranie liści (1964) Rzeczowniki (1968), Przyjmowani (1974), W cieniu ognia (1977), oraz pośmiertnie w zbiorku Jakiekolwiek zdarzenie (1982). Od samego początku zdobywał liczne nagrody (zazwyczaj pierwsze) w rozmaitych turniejach i konkursach. Za książkę W cieniu ognia otrzymał w1978 przyznawaną w Krakowie, ale cenioną w skali ogólnopolskiej nagrodę im. Andrzeja Bursy. Tłumaczony był na kilka języków obcych.

Na temat poezji Wincentego Fabera wypowiadało się ponad pięćdziesięciu autorów - i to zawsze pozytywnie! A równocześnie w recenzjach, czy w uwagach prywatnych, spotkać się można było ze zdaniem, że był to poeta niedoceniony. (Wiem, że i Wicek żywił takie przekonanie). W jakimś stopniu podzielam ten pogląd: może, po prostu, brakuje nam czyjegoś rozległego szkicu krytycznego, który powinien był powstać już za życia Fabera?


W PÓŁORA ROKU PO TAMTYM PRASOWYM DEBIUCIE LIRYCZNYM nastąpił nowy, również prasowy debiut Wicka. Brzmi to nieco paradoksalnie, ale inaczej nie można się wyrazić. Oto w ”Płomyczku” ukazał się (w czerwcu 1961) jego wierszyk pt. Łakoma koza. Potem przyszły inne publikacje w podobnych pisemkach, by z czasem złożyć się na kilkanaście wysokonakładowych książeczek dla młodych i najmłodszych czytelników. (Był też Wicek autorem scenariuszy filmowych i sztuk teatralnych dla dzieci. Wystawiony w1971 przez krakowską”Groteskę” jego Niemechaniczny koń przyniósł za rok autorowi i teatrowi I Nagrodę w Telewizyjnym Festiwalu Widowisk Lalkowych.)

Ileż to razy dawał Wicek wyraz radości, że jego utwory dla dzieci kwitowane są żywym zainteresowaniem. Upewniały go w tym m.in. spotkania autorskie z jakże wdzięczną publicznością. I marzyło mu się jeszcze coś innego. Oto jego słowa z 1973:”Nie najgorszym rozwiązaniem wydaje mi się pisanie utworów z ‘podwójnym dnem’, gdzie warstwa obrazowa byłaby atrakcyjna dla młodego czytelnika, natomiast podteksty mogą być w pełni zrozumiałe dopiero za lat kilka czy kilkanaście. (…) Dla mnie osobiście pisanie dla dzieci ma jeszcze jeden aspekt, można go nazwać kompensacyjnym. Otóż buntuję się niejednokrotnie przeciw pewnej jednostronności poezji czy całej literatury dla dorosłych. Za mało czerpie ona, moim zdaniem, z bardziej optymistycznych stron życia, czasem wydaje mi się, że tylko rozpacz, tylko ciemne strony życia i ludzkiej natury inspirują autorów. Sam staram się to jakoś przełamywać, wszystko co osiągam to równowaga postaw.(…) Tak więc piszę dla młodego czytelnika tak, jak chętnie bym pisał i dla dorosłych”.

Z POCZĄTKIEM LAT SZŚĆDZIESIĄTYCH zainteresował się Wincenty Faber pisaniem tekstów do piosenek. I w tej dziedzinie zdobył niejedną nagrodę, a sporo przedruków w czasopismach towarzyszyło nagraniom płytowym i wykonaniom estradowym. Największy rozgłos przyniósł mu utwór ułożony do muzyki Zygmunta Koniecznego . Jaki śmieszny jesteś pod oknem - a do jego spopularyzowania przyczyniła się głównie Ewa Demarczyk. Któż nie słyszał choćby raz tego przeboju! Amatorom tzw. studiów porównawczych proponuję więc uważne przeczytanie (w cyklu W cieniu ognia) szczególnie dwu wierszy: Okno i Cząstka - a wtedy okaże się, że słowa dawniejszej, na wpół humorystycznej piosenki odezwały się tutaj przejmującym echem.

WIELOPŁASZCZYZNOWY BYŁ WARSZTAT TWÓRCZY Wincentego Fabera. Przypomnę jeszcze coś, co mogło łatwo umknąć naszej uwadze: Wicek jest autorem opowiadania Wierność, ogłoszone na łamach „Życia Literackiego” w czerwcu 1962 i na krótko przed tym napisanego. Nie istnieją żadne dowody kontynuowania pracy w tej dziedzinie - ani w druku, ani w rękopisie. Ale to jedyne opowiadanie jest wystarczająco ważne. Narrator przemawia tutaj w pierwszej osobie, chociaż sporo realiów nie ma nic wspólnego z życiorysem Wicka. Jedynym istotnym łącznikiem pomiędzy narratorem i autorem jest to, że obaj byli studentami.

Bohater przebywa w szpitalu, który ma za dwa dni opuścić po udanej operacji. W momencie kluczowym znajduje się w półśnie i nie od razu pojmuje sens rozmowy prowadzonej przez stażystów: „… O mojej śmierci powiedział ten najniższy (…) Ten wyższy dodał, że mogę pociągnąć pół roku, ale może być koniec już po trzech miesiącach. (…) Nie mogłem się ruszać, bo oni mówili jakby rzeczowo i ze znawstwem, z przechwałką ze swojego znawstwa w głosie. Jakbym się już nie liczył, jakby mówili o czymś do wyrzucenia…” Zanim bohater dowie się, że stażyści rozmawiali o innym pacjencie, który rzeczywiści później umarł - następuje dalsze spiętrzenie dramatu. Po powrocie do swojego pokoju w domu studenckim przeżywa mocno fakty, które kiedy indziej uważałby za błahe. Wszystko zdaje się potwierdzać tamtą „diagnozę” - ale też wszystko przyczynia się do jego mobilizacji wewnętrznej: „… Czułem się dobrze i przez czas, który mi jeszcze pozostał miałem szansę. Coś jeszcze mogłem zrobić i chciałem coś zrobić, zanim się wszystko skończy. (…) Więc dalej robiłem wszystko, co byłoby bez tamtej rozmowy podsłuchanej. (…) Nie chciałem rezygnować z żadnego dnia…”

Osobliwość opowiadania polega na tym, że autor nie miał za sobą żadnego przeżycia, które by go upoważniało do takich zwierzeń - Wicek posłużył się tutaj przygodnie zasłyszana historią. Ale ziarno prawdy padło na podatny grunt: z obsesją przedwczesnej śmierci spotykamy się już w jego najdawniejszych wierszach - a w tym utworze ujawnił iście wizjonerski swoje predyspozycje psychiczne. Bo świadomie nie mógł przecież przypuszczać, że z kilkunastoletnim wyprzedzeniem przygotowuje jak gdyby „scenariusz” własnego w podobnych okolicznościach postępowania


WINCENTY FABER ZMARŁ 27 MAJA 1980 W KRAKOWIE, po trzyletnich zmaganiach z nieuleczalną chorobą. Pisząc teraz o nim pozwoliłem sobie na pewien psychologiczny eksperyment. W czasie telefonicznej rozmowy z doktorem Smoleńskim - wspomnianym już wcześniej współtowarzyszem dawniejszych poczynań twórczych Wicka - użyłem podstępu: Fragment opowiadania Wierność przeczytałem mu jako zapiski poety z ostatnich miesięcy życia. Podstęp się udał, bo Olgierd przez przypadek nie znał tego utworu. Zanim więc wyprowadziłem go z błędu, powiedział: „tak, to jest bardzo prawdziwy dokument!” A trzeba wiedzieć, że szczególnie w okresie choroby inicjował Wicek rozmowy ze swoim wieloletnim przyjacielem. Olgierd nie brał co prawda udziału w jego leczeniu, ale skądinąd dobrze zorientowany - tworzył „zastępcze diagnozy”. Wicek skwapliwie to przyjmował, jednocześnie sygnalizując, że liczy się z najgorszym. Ale z tą samą pogodą ducha i imponującym opanowaniem napomykał zarówno o porządkowaniu spraw osobisto-rodzinnych, jak i planach twórczych. Była mowa o projektach możliwych do zrealizowania dopiero po latach, ale przede wszystkim o tym, że trzeba robić, co należy, na przekór wszelkim ewentualnościom. I co jest szczególnie warte podkreślenia; podczas pobytu w klinice - sam najdotkliwiej przez chorobę nękany - podtrzymywał na duchu towarzyszy niedoli. Żyją po dziś dzień ludzie, którzy tej pomocy moralnej Wicka doświadczyli.
Wspomnienia swoje zakończył doktor Smoleński zdaniem: „Gdybym kiedyś sam znalazł się w podobnej sytuacji, chciałbym umieć zachować się równie godnie jak Wicek” A zważmy, że są to słowa lekarza, z natury rzeczy bardziej otrzaskanego ze sprawami tzw. ostatecznymi niż inni, zwyczajni śmiertelnicy.

3


NAJCENNIEJSZYM KOMENTARZEM DO TWÓRCZOŚCI LIRYCZNEJ Wincentego Faber winny być dla nas słowa samego poety.

W grudniu 1978 - a więc już po ogłoszeniu ostatniej za życia książki - omawiając wydany aktualnie przegląd wierszy poetów autentystów (tych spod znaku międzywojennej Okolicy Poetów), pisał Wicek: „Z ciekawością sięgam po antologię poezji autentystów (…) Tak się bowiem złożyło, że sam zostałem ochrzczony autentystą, albo wielokrotnie o autentyzm podejrzewany, nie mając zielonego pojęcia czym ten kierunek był. (…) Zaznaczam, że mam - w swoim przekonaniu uzasadnione - opory wobec takich pojęć, jak grupa literacka czy nawet kierunek literacki. (…) Jeżeli więc słyszę, że poezja powinna być autentyczna, czy zaangażowana, to zgadzam się z tymi postulatami, nigdy bym jednak nie czynił z tego programu. (…) To tak jakbyśmy programowo głosili, że należy pisać po polsku, albo używać liter.(…) Pojęcie autentyzmu pojmuję bowiem bardziej potocznie, w takim znaczeniu, w jakim mówimy o autentycznym człowieku, który naprawdę przeżywa to, co głosi. Z rezygnacją stwierdzam, że niewiele jest książek zasługujących na taki komplement…”

Śmiem twierdzić, że mimo pewnych śmiesznostek, niekonsekwencji, czy dziwactw – a któż z nas jest od tego wolny? - był Wicek „autentycznym” człowiekiem w znaczeniu tym, jakie sam określił. Takim pozostał w pamięci wszystkich, którzy go znali.


4


JEGO POEZJĘ CENIŁEM WIELCE JUŻ OD SAMYCH POCZĄTKÓW. Mam na to, wspomniane na wstępie, tzw. niepodważalne alibi. Jako recenzent czteroosobowej Próby porównania (1962) pisałem w „Dzienniku Polskim” w sierpniu tegoż roku o pomieszczonym tam mikrotomiku Wicka:

„Wiadomo wszystkim jak trudno, po dokonaniach Leśmiana i Przybosia, zająć w poezji prawdziwie oryginalne stanowisko w sprawach tzw. przyrody. Podejrzewam jednak, że właśnie taki stan rzeczy uruchomił spore zasoby ambicji twórczych Fabera. I sądzę, że wysiłek ten nie idzie na marne. Podpatrując z premedytacją tajemnice wspomnianych (i innych) mistrzów - sposobi się młody poeta najwyraźniej do urządzenia po swojemu różnych zakątków widzialnego świata.

Rozwaga, przyświecająca tej działalności, doprowadza czasem solidność obrazów i sformułowań aż do granic pedanterii - nieźle jednak w dobie dość powszechnego pomieszania wszelkich kryteriów, przeczytać wyraziste wiersze, jak: Kuszenie, Portret drzewa przerażonego, Niezupełna śmierć lasu, Stodoła, Wędrówka czy Nie zapomnij o wróblu,. Zwłaszcza że w owych, zazwyczaj zdyscyplinowanych wersyfikacyjnie utworach, nierzadko błyśnie zdanie lotne i po swojemu dowcipne (np. znakomite: „wiewiórka zwinna jak ironia”).

Wszystko wskazuje na to, że wyobraźnia Fabera będzie się coraz bardziej ośmielać - i owe lotne zdania osiągając coraz większą częstotliwość, złożą się na całkowitą odrębność jego poezji. Bo najgłębszą satysfakcję odczuwa twórca chyba wtedy, gdy przyjaźnie zdumiony czytelnik zadaje sobie nieustannie pytanie: „Jak on do tego doszedł?” sądzę, że Faber już dziś wyraźnie dbający, by obszary jego poezji znajdowały się w zasięgu wzroku i słuchu człowieka - jest na najlepszej drodze, by się owego przyjaznego zdumienia dopracować”.

A oto jeszcze jedna moja recenzja, tym razem z drugiego samodzielnego tomiku Wicka, ogłoszona w „Życiu Literackim” w listopadzie 1968:

„Potwierdzeniem i rozwinięciem niegdysiejszego udanego debiutu jest nowy zbiór Wincentego Fabera: RzeczownikPreferowanie rzeczownika, czyli konkretu (co jest zresztą zaletą każdego dobrego poety dostrzec można było już w najwcześniejszych wierszach Fabera,


Nie ruszaj ciszy tego lasu
on sam przed tobą się otworzy
podziej się ze mną swoim liściem
odsłoń mi swoją wizję brzozy

Zobacz ten liść tak naświetlony
że zieleń stała się soczysta
po jednej stronie liścia światło
a dla mnie ciemna strona liścia


Już przy okazji mikrotomiku Fabera w poczwórnej Próbie porównania miałem sposobność wyrazić przekonanie, że na arenę współczesnej poezji wstąpił ktoś bardzo odrębny. Cieszę się, że nowy jego zbiorek utwierdza mnie w tym przekonaniu, cieszę się tym bardziej, że autor zdążył pójść nawet dalej, niż to sobie wtedy wyobrażałem. Bo jeśli w poprzednich publikacjach admirowanie konkretu służyło przede wszystkim analizie elementów przyrody, istoty martwych przedmiotów, czy wreszcie psychiki człowieka pojedynczego (najczęściej lirycznego bohatera danego utworu), w nowym zbiorku Fabera analizowanym „rzeczownikiem” jest najczęściej człowiek stanowiący część składową określonej społeczności. Dowód to niemałej odwagi twórczej, wszak poeta idzie po tropach pokolenia, które ożywione skądinąd jak najlepszymi intencjami - realizowało jednak podobne założenia w gąszczu schematystycznych ograniczeń sprowadzających niemal do zera szanse owych najlepszych intencji. Tymczasem w Rzeczownikach przyjmujemy do wiadomości takie oto strofy:

Dyscyplina. Grzbiet się łamie. Wielka bela
Dla dwóch dobra. Taki ciężar. Dopuszczalny.
Paweł chory. Gospodarka. Więc za niego.
To ich ręce utrzymują strop kopalni.

Cztery złote metr kubiczny. Nie zarobisz.
Ale renta. Ale lekarz. Już dosyć.
Nie pilnują. Trzeba wracać. Do żyta.
Nie zżętego. Do później nocy.


To z wiersz Ładowacze. W podobnym klimacie, choć nie zawsze przy wtórze króciutkich, czasem jednowyrazowych zdań - utrzymane są na przykład takie wiersze: Estetyka, Ballada pospolita, Lekcja uśmiechu, W poczekalni, Pięć minut. A chyba najbardziej sugestywnym dowodem trudnego zaangażowania się poety w sprawy współczesnej codzienności społecznej jest wiersz Wydział lokalowy. Tylko tytuł robi wrażenie, że sprawa może być potraktowana na sposób kurierkowy. Bo oto:


Już pukają głowami do drzwi.
Ciasne kąty. Ustawiają się w kolejce.
Nerw. .Twarze.” Jest mieszkanie”. „Mało izb”
I
ręce.

…Jeszcze słyszę część rozmowy: ”Ach to pan.
Jeszcze tutaj?” „Od roku”. Nieufni.
To socjalizm miewa wymiar czterech ścian
Z używalnością kuchni.


Podkreślając istnienie w nowym zbiorze Wincentego Fabera takich tekstów, które autora spośród wielu rówieśników (i nie tylko rówieśników) wyróżniają, krzywdzę może utwory równie konkretne w wyrazie, a pełne liryzmu bardziej intymnego. Spieszę więc z wymienieniem paru tytułów: Możliwość, Porozumienia, Ptaki, Narzędzia. Z ostatniego spośród wspomnianych wierszy pochodzą strofy:


Pomyśleć gwiazda. I w tym jest odległość.
Powiedzieć trawa. Widzieć do korzeni.
Całą urodę przyszłych urodzajów
I baśń wyorać z jednej grudki ziemi

Most ma znaczenie ode mnie do ciebie.
Najistotniejsze. Choć rzeka szeroka.
I to wybieram. I wybieram gwiazdy
Wymierny promień potrzebny dla oka. .


Z tego też wiersza pochodzi zdanie stanowiące syntezę całego zbioru:


Przykrój znaczenie do wymiaru słowa

I nadaj słowu ciężar rzeczownika.


TRZECI ZBIÓR WINCENTEGO FABERA noszący tytuł Przyjmowanie (1974), świadczy ponownie, że poeta nie zwolnił tempa swoich wysiłków w służbie konkretu. W służbie konkretu ukazującego człowieka zrównoważonego zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym, zarówno w odniesieniu do współczesności, jak i w aspekcie historycznym. Potęguje właściwości, które i dawniej można było zauważyć: humor, a zwłaszcza ironię. Bo ironią przeniknięte są Słowik, (gdzie z głupia frant ludożerstwo przedstawia się korzystniej od życia ucywilizowanego), a także Obrona tyrana, który - gdyby czytać tekst bez przymrużenia oka - jest najmilszym na świecie człowiekiem, z konieczności tylko ulegającym znanej maksymie „to niedobre, ale tatuś musi”.

Mały krok człowieka jest dowodem zwycięstwa poety w zmaganiach z problemem, który nurtował go już w Otwieraniu liści.

(cyklu Cybernetyka, pominiętym tu z wyjątkiem utworu Bez nas
Teraz przewaga umysłu ludzkiego nad maszyną ukazana jest na tle autentycznego faktu - pierwszej wyprawy na księżyc. Z jaką satysfakcją musiał układać Wicek ten wiersz, on, klasyczny tradycjonalista. Tyle, że pisząc:

Od dawna stoję już po stronie
Tych, którzy nie czytają wierszy…


- nie zachęcał przecież do zlikwidowania poezji. Chciał tylko, aby służyła ona człowiekowi w imię „równouprawnienia tematów”. A szczytowym osiągnięciem zbioru Przyjmowanie jest wiersz Ostrzegam was przed sobą. Oto fragmenty:

… Nie oswojony z bólem, niewprawny w odwadze
nie przeżyłem spartańskiej zaprawy w cierpieniu.
Umiem być ogrodnikiem, nie bardzo żołnierzem
Obdzieranym ze skóry.

…Modlę się, aby
Nie nadeszła próba. Przyjaciele,
nie powierzajcie mi żadnych tajemnic.


NAJZNAKOMITSZĄ KSIĄŻKĄ Wincentego Fabera jest jego ostatni za życia ogłoszony tomik: W cieniu ognia (1977). Mawiał i pisał o tym, że muzami - a także jego pierwszymi krytykami są dlań żona i córka. Informował, że atmosfera domowa sprzyja jego pracy. Podkreślał: „Moja osobowość i moje ‘ja liryczne’ (…) w wierszach są zawarte”. A jednak sądzę, że poemat (tak: poemat!) W cieniu ognia nie powinien być uważany za dosłowny pamiętnik. I chociaż wszystkich krytyków taka właśnie interpretacja pociągała - weźmy z niektórych recenzji inne zdania. Słusznie pisał Tadeusz Nyczek: „To, co w tych wierszach jest osobiste, łatwo przemienia się w powszechne”. Albo Tadeusz Szyma: „…Poeta upomina się o zlekceważoną i zagubioną dziś wartość: wierność. O poczucie obowiązku i odpowiedzialności za drugiego człowieka”. Czytajmy więc ten piękny poemat jako opowieść o sprawach równie dobrze możliwych w baśni jak i w życiu. Nie będziemy przecież indagować Adresatki umieszczonych tu dedykacji - bo i Wicka nie mielibyśmy prawa indagować: jak naprawdę było? Doceniajmy zaskakującą pomysłowość pierwszego zdania:
„I odtąd żyli długo i szczęśliwie” - zdania, które w wielu książkach ”do poduszki” występuje jako ostatnie. Podziwiajmy celność fragmentów takich jak np. Sygnały, Prawo, Cząstka, Warkocz, Lustro, Włamanie, Gwiazdy, Druga uroda, Okno Wzruszajmy się końcowym fragmentem pt. Pogotowie z przejmującą strofą:

Nie, że byłaś szczęśliwa. To zbyt wiele łaski.
Lecz, że są takie chwile. I chodzą piechotą.
I teraz wiem na pewno. I dobrze to wiedzieć.
Nie graliśmy kartami znaczonymi o to.


- i z dwuwierszem pokazującym, jakiego narratora lirycznego- bohatersko prostolinijnego wobec spraw traktowanych często z potwornym egoizmem - wykreował - Wincenty Faber:

A jeśliby się trafił człowiek ciebie wart.
Niechże mówią co zechcą. Masz mu podać ręce.


A teraz parę uwag o rodowodach artystycznych tej niezwyczajnej książki. Interesujące jest spostrzeżenia Krzysztofa Lisowskiego o pewnych zbieżnościach z utworem Czesława Miłosza: Świat – poema naiwne. Ale najczęściej mówili recenzenci o nawiązywaniu do rodzinnej liryki Konstantego Ildefonsa. Łatwo się to narzuca, zwłaszcza, że Wicek o Gałczyńskim się z atencją wypowiadał. Zamierzał nawet nawiązać do niego w przyszłym „pogodnym” tomiku. Ale śmiem twierdzić, że w Cieniu ognia to nie tylko nawiązanie do małżeńsko-miłosnych dytyrambów autora Ślubnych obrączek. Bo dopiero swoiste skrzyżowanie z Poematem otwartym (1965) Tadeusza Różewicza mogło dać ową piorunującą mieszankę, jaką stanowi skądinąd najbardziej własne dzieło Wincentego Fabera. I jeżeli pogodniejsze błyski W cieniu ognia podsycane były żarem pieśni mistrza Konstantego - bardziej dramatycznym momentom patronowały chyba takie np. wersy Różewicza.


Jak my się kaleczymy
roztargnieni śpieszący się
jak my się kaleczymy
wzajemnie okrutni
w skupieniu czujni
nieomylni w zadawaniu ciosu

wbijamy w siebie
ostrza ostrzone
przez dzień i noc
leżymy w ciemnościach
z małymi zamkniętymi
ustami z lodu

leżymy koło zapomnianych ciał
a każde z nas mówi osobno
jak męka
i po co to wszystko
mówimy o sobie
poruszając wargami


Omawiając przed laty Rzeczownik zaznaczyłem już wtedy, że sporo wierszy ułożył Wicek „przy wtórze werbla króciutkich, czasem jednowyrazowych zdań”. A już W cieniu ognia aż roi się od tego. Niektórzy nazywali to drażniącą manierą. Ale przecież przy pomocy owej „maniery” oddane jest wzruszenie, załamywanie się głosu, a nawet coś w rodzaju łkania! Ciekaw jestem czy Wicek wiedział, kto - chociaż w imię innych treści - był jego poprzednikiem. Czy znał bardzo dawny wiersz Brunona Jasieńskiego Marsz. Oto mały urywek:


Jeden. Siedem. Czterysta-cztery.
Panie. Na głowach. Mają. Rajery.
Damy. Damy. Tyle tych. Dam.
Tam. Ta. To tu. To tam.
W willi. Nad morzem. Płacze. Skriabin.
Obcas. Karabin. Obcas. Karabin.


I jeszcze jedna uwaga. W cieniu ognia stanowi niezwykle logiczną całość. A tej książki nie da się - jak się dało z innych książek Wicka - dokonać wyboru. I dlatego w stanie nienaruszonym przechodzi ona do tomu retrospektywnego.


W DWA LATA PO ŚMIERCI WINCENTEGO FABERA wydano piąty jego zbiór Jakiekolwiek zdarzenie. Otwierał go poemat o tej samej nazwie. Piękną aluzję zrobił doń Leszek A. Moczulski: „… To zderzenie naszego codziennego życia z tym, z czym się zmierzył w ostatnich latach. (…) Jakby swoje zaklinanie w baśń rzucał dobrowolnie w morze.(…). Tylko dla tych, którzy będą szukać, ryzykować przygody po piękno, ma świecić gdzieś na dnie morza amfora, wyrób ludzkiej ręki i wizji natchnionego człowieka…”A ja pragnę jeszcze zwrócić uwagę na parokrotnie zaakcentowane w poemacie zdanie: „…człowiek jest zawsze za burtą”. Jakoś niesporo było przystępować Wickowi do zapowiadanego na najbliższą przyszłość „pogodnego” tomiku. Bo przecież zaczął prace nad poematem „o sercu” – i to bynajmniej nie w znaczeniu erotycznym. Rozmawiał na ten temat ze swoim przyjacielem lekarzem, prosił o szczegółowe atlasy anatomiczne. Niestety: poza sferę tych przygotowań nie zdążył się już przedrzeć…

Jakiekolwiek zdarzenie włączam do wyboru we fragmentach. Podejrzewam - nie tylko zresztą ja,- że gdyby Wicek ten swój nowy tomik układał, też by jakieś zmiany wprowadził. Poemat jest miejscami dość surowy i po skróceniu przemawia chyba mocniej.

Osobny problem stanowi druga część zbioru noszącego nazwę: Wiersze ostatnie. Bo są to raczej: wiersze rozproszone. (Nieporozumienie wynikło z tego, że znaleziono je w teczce z maszynopisami bez dat). Włączając teraz do działu piątego część utworów mogących uchodzić za ostatnie - przesunąłem do działu pierwszego Kochankę słońca (pierwodruk prasowy już w 1961!), a do działu trzeciego Studium z estetyki wojskowej (pierwodruk prasowy w 1969). Poemat Hubal daję teraz w wersji najbardziej zbliżonej do intencji autora, a znalezionej niedawno w jego tece pośmiertnej. (Utwór powstał podobno w 1976). Pominąłem tylko 23 wersy, zbyt natrętnie publicystyczne - uporządkowałem też czasem niekonsekwentną interpunkcję, a na wstępie fragmentu końcowego dałem w nawiasie kwadratowym komentarz, zabezpieczając czytelnika przed niepewnością: czy poeta mówi jeszcze do Baczyńskiego, czy już do Hubala…

Na samym końcu działu piątego kładę wiersz Zawsze - nigdzie dotąd nie publikowany, znaleziony w papierach autorskich. Dziś, po śmierci Wicka, nabiera on szczególnie wzruszającej wymowy, jest jak gdyby wyznaniem-programem całej działalności twórczej. Dlatego też tytułem owego wiersza nazwałem całą książkę.

5


WSPOMINA PANI HANNA FABEROWA: „…Był bardzo pracowity, w pracy uparty. Twórczość była podstawą jego życia i jego celem głównym. W okresach (nieraz do trzech miesięcy), gdy nie mógł pisać - czuł się rozbity i nieszczęśliwy. Wyjeżdżał wtedy w góry. W czasie wędrówek wśród przyrody najłatwiej przychodziło mu zbieranie pomysłów”.

Zajmował się także zbieractwem nieco innego rodzaju. Od samego początku twórczej działalności gromadził skrzętnie wszystkie wycinki prasowe publikacji własnych czy też innych autorów, jeżeli jego dotyczyły Wycinki te wklejał do olbrzymiej księgi buchalteryjnej, którąś skądś wytrzasnął. Niektórzy przyjaciele, dalecy od tego rodzaju pedanterii lubili z Wicka żartować: „Czyżbyś zbierał materiały dla swoich przyszłych biografów?” Odpowiadał z charakterystycznym dlań uśmieszkiem; „Może…” Ale przyjaciele nie dawali za wygraną: „Czy to przypadkiem nie za wcześnie?’ Wtedy uśmieszek poety zmieniał się w wyraz jakiegoś dziwnego zamyślenia: „Nigdy nie wiadomo, co i kiedy jest za wcześnie…”

No cóż, Wicku, wyszło na Twoje. Tyle tyko, że ani mnie, ani tym, którzy mi takie anegdotki opowiadali, nie jest już dziś do śmiechu. Mogę powiedzieć jedynie, że bez owej olbrzymiej Księgi nie potrafiłbym się stać Twoim pierwszym biografem - skoro już tak się złożyło, że wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy wypadło mi układać to swoiste epitafium dla znacznie młodszego Kolegi.


Kraków –sierpień 1984

* Wincenty Faber Zawsze(WL, 1986)