Home O autorze Prawo pierwszego olśnienia

Jan Pieszczachowicz


Prawo pierwszego olśnienia*

 

Kiedy przeglądam tomiki poetyckie Wincentego Fabera, rzucają mi się w oczy wiersze, które ongiś umknęły mojej uwadze, np. „Prawo": Zachowaj prawo pierwszego olśnienia tak właśnie trzeba patrzeć dookoła. Wraca w pamięci chwila, kiedy jako prezes ZLP żegnałem go nad grobem, wypowiadając przez ściśnięte gardło słowa, w które nie mogłem uwierzyć - że to się mogło stać, że to się zdarzyło właśnie jemu, temu dobremu, pogodnemu i zawsze przyjaźnie uśmiechniętemu Wickowi, piewcy urody pól, lasów i wszelkiego żyjącego stworzenia. Było w nim przecież coś z ducha franciszkanizmu, choć pisał także wiersze, z których wiało apokalipsą cywilizacji XX wieku.

Mówił o sobie, że jest optymistą, i tak go postrzegaliśmy. Deklarował żartobliwie: „Pięć minut przed potopem. Zaparzę herbatę./ Poszukam sensu. Znajdę. Lekarstwo na nerwy". Jego pogodna dzielność nasyciła się tragedią, gdy przez kilka lat walczył z okrutną chorobą, ale i wtedy potrafił się uśmiechać, choć był to uśmiech zacieniony przeczuciem nieuchronnego. Wątrobiarzy denerwował, nazywali go „wiecznym harcerzem" czy „dużym chłopcem", bo od kieliszka stronił, biegał po ścieżkach zdrowia i chętnie grywał w ping-ponga. Ale on po prostu kochał życie, takie, jakie jest, jego miłe drobiazgi i zwyczajne, a zarazem niezwykłe uroki, wszystko otoczone jakąś niezmierną czułością. Słusznie napisał Józef Baran, że powiedzenie „małe jest piękne" nie było mu obce.

Świat był dla Fabera „drzewem rozkołysanym wyobraźnią", która obejmowała także rzeczy uważane za niezbyt poetyckie, np. „Kuchnia", gdzie królują zlew, garnki, maszynka do mięsa... Taki stosunek do rzeczywistości prezentował i rozwijał konsekwentnie od debiutanckiego tomiku (wspólnego z M. Czumą, L. Moczulskimi B. Szymańską) pt. „Próba porównania", w „Otwieraniu liści", „Rzeczownikach", „Przyjmowaniu", „W cieniu ognia", „Wędrówce", pośmiertnym „Jakimkolwiek zdarzeniu". Gdybym chciał spekulować na temat wykształcenia Wicka, powiedziałbym, że studiowanie slawistyki na UJ utwierdziło w nim ową przypisywaną Słowianom łagodność, połączoną ze specyficznym poczuciem humoru, w którym nie było złośliwości czy zajadłości, lecz dobrotliwa wyrozumiałość dla ludzkich ułomności i dziwactw.

W jego życiu i poezji wiele znaczyła sfera życia rodzinnego, owa stabilizująca normalność, „realne życie" - jak mawiał, gdy nie trzeba być bohaterem z szablą lub karabinem w ręku, czego nie szczędziła Polakom historia. Nawet śmierć jakoś się mieściła w Faberowej równowadze bytu, gdy „Pracownicy powszechni miłości/ w szeregowy dzień uwikłani" podążają ku swoim przeznaczeniom bez patosu, z cichą godnością. „Ja stoję po stronie szarości" - pisał w „Otwieraniu liści", poświęcając w „Rzeczownikach" dużo uwagi niewidocznemu na pierwszy rzut oka dramatyzmowi życia chłopów-robotników, ładowaczy itp., drzemiących w poczekalniach małych stacyjek kolejowych. Chciał przecież w swoich wierszach współbrzmieć z codzienną ludzką dolą, powiadając:

Książkę,
która pomoże wam żyć,
próbuję pisać
zawsze
.

I pisał ją do końca, aż śmierć dosięgnęła 43-letniego poetę, który z taką ufnością i otwartością patrzył w oczy życiu, wzywając jednocześnie do międzyludzkiej solidarności: „rzućcie liny/ podajcie ręce/ człowiek jest zawsze za burtą". Nie była to - o co go posądzali niektórzy krytycy „święta naiwność". Faber wiedział, jaki jest ostateczny los człowieka, ale wiedział również, że trzeba starać się żyć pięknie i skromnie zarazem, unikając fałszu słów, uczuć, a także modnych literackich zabawek. Dlatego nadawał poetyckiemu słowu wagę „mówienia wprost", szczerości aż dojmującej, konkretności stroniącej od abstrakcji, ale nie od wyobraźni. Są w jego tomikach wiersze, które przetrwają, bo i dziś potrafią wzruszać, np.:

Gdybym odszedł. Pieniądze znajdziesz w starej skrytce.
Kosztowności nie sprzedaj. Niech będą dla dzieci.
Przysługuje ci renta. Jak załatwić wiesz.
Ten ból w boku... Przedwczesny.

Szczególną miłością otaczał właśnie dzieci, pisał dla nich wiersze, zebrane m.in. w tomiku „Słoneczni żeglarze". Po jego śmierci Tadeusz Nyczek wspominał: „Z okazji wydania którejś ze swoich książeczek dziecięcych urządził w Klubie Dziennikarzy wielki bal, z kremami, ciastkami, loteriami i fantami, z całą masą kłębiących się dzieci, a wszystko po kolejnej koszmarnej serii zabiegów leczniczych; była wtedy szansa, że wróci całkiem do zdrowia, ale kilka tygodni później już nie żył". W Teatrze Lalki i Maski „Groteska" wystawiono w 1971 r. jego widowisko dla dzieci „Niemechaniczny koń".

Ten kameralny poeta nie stronił od różnych form działalności publicznej. Był bardzo czynny w Kole Młodych ZLP. Jako kierownik literacki Teatrzyku Piosenki „Sowizdrzał", mieszczącego się w legendarnym domu studenckim UJ „Żaczek" pisał mnóstwo piosenek („ponad trzysta, może więcej"). Później jego teksty pożeglowały na szerokie wody, a prawdziwą furorę zrobiła żartobliwa piosenka liryczna „Jaki śmieszny jesteś pod oknem..." z muzyką Zygmunta Koniecznego. Na I Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu wykonała ją Ola Kurczabówna z Piwnicy pod Baranami, potem nagrała na małą płytę Zofia Kucówna, i wreszcie wspaniały szlif nadała jej Ewa Demarczyk.

Gdyby ktoś domagał się zwięzłego określenia Wincentego Fabera jako człowieka i poety powiedziałbym, że był autentyczny i wierny sobie. W jednym z wywiadów mówił: „Moja osobowość i moje »ja« liryczne, które mówi za mnie, w wierszach są zawarte. Nie potrafiłbym prowadzić podwójnej gry i przeczyć sobie np. jako człowiek, a z drugiej strony jako poeta".

I tego nie pokrył kurz czasu w pamięci ludzi, którzy go znali.

*”Dziennik Polski”, 159/2000 (W 20. rocznicę śmierci Wincentego Fabera)