Home O autorze Autentysta w krainie robotów

Jan Pieszczachowicz

 

Autentysta w krainie robotów*

 

Chciałbym poczynić na wstępie pewne zastrzeżenie: to nie będzie jeszcze jeden, wskrzeszający po latach dawne spory, atak na tzw. „autentyzm" spod znaku „Okolicy Poetów'*. Wątpię zresztą, czy takie spory jeszcze mogą coś przynieść; sprawa należy już raczej do historyków literatury, którzy skonfrontują teorię (nigdy do końca nie wyprecyzowaną) z praktyką (dość obfitą, ale również miejscami bez wyraźnych granic) - mimo że autentyzm jest przecież w dalszym ciągu uprawiany przez niektórych jego wyznawców (inni, jak np. Pietrkiewicz, odeszli od niego), a przykładem żywotności tomik Wincentego Fabera „Otwieranie liści"*) - bezpośrednia przyczyna tych rozważań. Rzecz charakterystyczna: pierwsze ślady nowej „autentyzującej" poezji („arkusz poetycki" Dowgielewiczowej „Sianie pietruszki", tomik Fabera) zostały powitane właśnie u debiutantów nieomal entuzjastycznie. Być może przyczyna tego leży w przesycie eklektycznością, barokiem i „anglosaskością" w twórczości poetyckiej ostatnich lat, może zaczyna działać prawo nawrotów stylów, nakazujące po dojściu do pewnej granicy wyabstrahowania wracać do „prostoty"? Czy zbliża się nowa szansa tej wiecznie żywej tendencji w sztuce, którą poeci autentyści wyeksponowali jako swoje hasło programowe? Za mało jeszcze materiału i oznak renesansu, aby można snuć uogólnienia. W każdym razie to nowa karta, różna od czasów „Okolicy Poetów". Można obecnie spróbować przeprowadzić jedynie mały rekonesans we współczesne ślady życia autentyzmu: niech posłuży do tego tomik Fabera.

Pisał St. Czernik w artykule „Fantazjotwórstwo poetyckie”(„Okolica Poetów”nr 4/5: „Fantazjotwórstwo w liryce ma charakter pracy dopełniającej, wykończenia szczegółów. Materiał do wiersza lirycznego składa się jakby z realistycznej osi, otoczonej gęstą mgłą imaginacji". I w taki klasyczny sposób jest
zbudowanych wiele wierszy Fabera; niektóre z nich, zwłaszcza te o motywach
przyrodniczych, dadzą się nawet wyraźnie dzielić na części, z których jedna jest
„realistyczną osią", druga — „mgłą imaginacji". Oto „Kuszenie":

Nie ruszaj ciszy tego lasu
on sam przed tobą się otworzy
podziel się ze mną swoim liściem
Odsłoń mi swoją wizję brzozy

Zobacz tu liść tak naświetlony
Że zieleń stała się soczysta
Po jedne stronie liścia światło
a dla mnie ciemna strona liścia
(…)
Obok wyrosło moje drzewo
ukołysane wyobraźnią
jest już przed nami takie duże
że pierwszy ptak w nim uwił gniazdo


„Drzewo rozkołysane wyobraźnią", owa część fantazjotwórcza, jest poprzedzona empirycznym oglądem. Liryczny narrator postępuje jak rasowy autentysta: jego wyobraźnia jakby tkwi w miejscu, czekając na pożywkę, której dostarczą zmysły. Jest bierna, pasywna, zanim nastąpi „liryczne rozkołysanie", które pozwoli osnuć kokonem imaginacji konkretny obraz. Poeta unika elips, zaznacza silnie nierozerwalny związek wyobrażonego ze skonstatowanym, „domyśla" obraz:


W muszlach uszu
gromadzę szum lasu

nosem zbieram
zielony zapach

i podnoszę oczy pełne liści
na wysokość domysłu ptaka


(„Ptak domyślony")

Dopiero po tym wstępie następuje oddzielona nawet graficznie - część „wyobrażeniowa", zapowiedziana wizja ptaka. Można by pomyśleć, że Faber programowo demonstruje drogę od konkretu do abstraktu, jaką przebywają jego poetyckie dokonania, obawiając się, aby czytelnik nie pomyślał, iż popełnia rzecz straszną i w zasadzie u rasowego autentysty niedopuszczalną: pisze o rzeczach, których nie doświadczył, np. o lesie, którego nie widział, nie powąchała nie dotknął itp. „Jeżeli poeta przedstawia uczucia w stosunku do okoliczności, które nie zaszły, ale które dopiero przewiduje, pisze raczej wiersz fantastyczny lub zbliżony do niego, a oddalający się od liryki" - twierdził Czernik. Być może, z podobnych źródeł wynika ironia Fabera, kiedy pisze: „kojarzę osła z kijem, szafę z ewangelią, wieloryba z marchewką" („Cybernetyka"). Łatwo zgodzić się z wycieczkami przeciw hochsztaplerce wyobraźni, trudniej, kiedy się podejrzewa, że chodzi tu o „schludność" i „prostotę" - jako że sztuka, jeśli nawet cofa się ku formom prostszym, czyni je bardziej skomplikowanymi niż w poprzednim wcieleniu. Nie wiadomo wreszcie, co dziś uznać za bardziej pretensjonalne (i banalne): złożoność i „zaciemnianie", owo symboliczne „skotison", czy stylizowaną prostotę, weryzm i autentyzm (w znaczeniu ogólnym). Przyjrzyjmy się jednak, co młody autentysta w tych ramach proponuje w sensie intelektualnym, oczywiście pomijając nieco jednak przestarzały ruralizm.
Faber jest „po stronie szarości" (tytuł jednej z części tomiku). Wkraczamy w krainę rzeczy programowo zwykłych, pospolitych, krainę sielankową, ale nie tyle rokokowo, ile „flamandzko"; pełne stodoły, słomiane dachy, las, pola, wróble... Jakiś poetycki „mały realizm". Na uwagę zasługuje zwłaszcza wiersz „Kuchnia", który -jeśli przypomnieć analogiczne, flamandzko-kuchenne utwory Mieczysława Czumy - potwierdzałby zaczątki nowego mikrokierunku poetyckiego zlewów, garnków i maszynek do mięsa. Wszystko to jest sprawdzalne, przepłoszone są duchy wybujałej imaginacji, spekulatywnej. Ale oto autentysta wychodzi z pól i lasów w stronę XX w., w stronę - Apokalipsy. To część „Cybernetyka" - wizja świata doszczętnie zmechanizowanego, w której króluje przerażenie, znane dobrze od czasu, kiedy lokomotywa Stevensona straszyła angielskich farmerów (warto przypomnieć, że autentyzm formował się w opozycji m. in. wobec futuryzmu). Faber pisze 13-zgłoskowcem (izosylabizm wydaje się mu być bardzo bliski, jakby dla nieco przestarzałych treści szukał adekwatnej formy) wierszowany traktat o grozie „ziemi maszyn żyjących samorzutnie w mechanicznym lesie" („Bez nas"). Nie tyle obchodzą go intelektualne niepokoje epoki atomu, ile roboty i złośliwe maszyny - niby z science-fiction. Faber nie jest dziś osamotniony w takim dość powierzchownym traktowaniu problemu. Uwikłany w fetyszyzm opisywania powierzchni rzeczy, nie może sobie jakoś poradzić z wtłoczeniem swoich wyobrażeń o naszych czasach w formę Wierszowaną. Rezultaty?


A przecież nie można dopuścić
żeby wieża żyła na wolności
wymyślała maszyny i bomby
i wtrącała się w moje sprawy

(„Oswajanie maszyny")

Wreszcie - echa współczesnej filozofii, w rodzaju „Nikt poza swój wybór nie wyjdzie" - echa Café de Flore. Autentyzm grawituje tu w stronę katastrofizmu, paseizmu; nie dźwiga ciężaru „kondycji ludzkiej".

Trzeba zresztą przyznać, że w sensie rzemiosła wiersze Fabera są starannie dopracowane i w wielu wypadkach robią sympatyczne wrażanie, jak choćby „Portret drzewa przerażonego", „Rzemiosło", „Sojusznicy". Bezpretensjonalność i świeżość są bez wątpienia atutem tomiku - jeśli przymknąć oczy na wspomniane mankamenty i na upór, z jakim w niektórych utworach poeta trzyma się monotonnych form wersyfikacyjnych.

Wincenty Faber: Otwieranie Liści, „Iskry” Warszawa 1964

*Współczesność 1964/167